18.12.2023, 22:07 ✶
Miał rację. Nie żyliśmy już w świecie, w której ona kiedykolwiek będzie jeszcze go kochała, ale... Jednak bałem się, że mógłby mnie zostawić, pognać do niej by być obok niej, służyć jej albo co. Sam nie wiedziałem już, co tak naprawdę sobie myślałem, co przewidywałem i czy miało to jakikolwiek sens. Ewidentnie czułem się zazdrosny o uczucia Flynna do niej, do osób wysyłających mu prezenty. Oboje mieliśmy swego rodzaju słabość do bycia kochanym, więc najwyraźniej obawiałem się, podobnie jak i on, że któregoś dnia mu się znudzę, że przestanę być wystarczający, że odejdzie w siną dal, bo tu już nic nie będzie go trzymało.
I rozmawialiśmy głównie o Fontaine, ale co z tym Razielem? Sam Flynn mówił, że wpatrywałem się w niego jak w obrazek, że byłem ślepo zapatrzony. Może miał rację? Może tak naprawdę nie dopuszczałem do siebie tego, co mi przekazywał? Tę całą, brutalną prawdę? Nie chciałem żeby to była jakakolwiek prawda, ale... Flynn miał naprawdę spory bagaż za sobą i zamiast mi o tym wszystkim opowiedzieć, o tym, co mu ciążyło, to wolał usilnie unikać rozmowy i martwić się, że w końcu odkryję prawdę - zapewne w nieodpowiednim momencie - i wszystko jebnie. A jakżeby miałoby być inaczej, mój ciołku, skoro ukrywałeś się w cieniu, zamiast pokazać się w całej okazałości w pełnym świetle? W końcu musiałem poznać prawdę. Całą prawdę o Flynnie Bellu.
Męczyły mnie jego uczucia. Drążyły w sercu skomplikowane wzory. Bolało. Chciałem go przytulić i pocieszyć, zmazać łzy z jego policzków, ale próbowałem być silnym by samemu się nie rozkleić, nie rozpaść czy ostatecznie nie stchórzyć, by na koniec ponownie pozwolić sobie wejść na głowę. Kochałem go i zrobiłbym dla niego wszystko, ale potrzebowałem również czystego umysłu, niezaśmieconego Fontaine, Kleopatrą, Razielem czy innymi zmorami, o których nie miałem jakiegokolwiek pojęcia.
Drgnąłem, kiedy rzucił butelką. Nie spodziewałem się tego, ale utwierdziło mnie jedynie w przekonaniu, że nie mogłem położyć ręki na jego ramieniu, nie mogłem przytulić się do jego pleców i zatopić nosa w jego szyi. Moje ciało, moje serce rwało się do tego, ale jakieś ostatki rozumu nie pozwalały mi chociażby drgnąć by nie przegrać tej batalii. Tak miało być lepiej...? Heh. Mogłem się żałośnie pocieszać.
- Flynn... - zacząłem, ale nie miałem słów, które mogłyby naprawić jego świat. Już nigdy nie będzie żył w świecie, w którym nie oświadczyłem głośno własnych pragnień i wątpliwości. Chciałem z nim być, chciałem nawet tak oficjalnie, na całego. Ba!, byłbym wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! Nosiłbym się dumnie, ale niestety nie chciałem niepewności, wiecznych obaw i niedopowiedzeń. Potrzebowałem stabilizacji, a nie dramatów jak tych teraz.
Zapewne dalej bym szukał rozwiązania w swoim umęczonym umyśle na nasze beznadziejne położenie, ale jego słowa podziałały na mnie niczym płachta na byka. Zmroziły, wkurzyły, wprawiły w stan gwałtownej reakcji. Jak mógł tak mówić, skoro tej wiedzy właśnie chciałem, potrzebowałem. Na dodatek znowu się gubił w swoich myślach, odpływał, zanikał i nawet nie próbował ze mną pozostać, zawalczyć, nic.
- Wiesz co, Flynn?! - zapytałem wściekły, a warto pamiętać, że nie za często pozwalałem sobie na takie emocje. Nie miałem już cierpliwości, sił. Podniosłem się na łóżku by zrobić ten krok i zeskoczyć na podłogę. Choć musiałem w tej chwili wyglądać jak jakiś Alexander Wielki, to wcale się tak nie czułem. Śmieć, nie król. - Jesteś zaradny. Ogarnij amnezjatora i wyczyść mi wszystko, każdą jebaną myśl o sobie. Będziesz mógł być szczęśliwy - stwierdziłem niepocieszony, po czym zabrałem paczkę papierosów z szafki i trzasnąłem za sobą drzwiami. Nawet nie wziąłem ze sobą szlafroka, ale jebałem to. Przysiadłem na schodku przy wejściu do wozu i odpaliłem papierosa, chcąc ochłonąć. Nie dość, że była pełnia, zbieraliśmy się do przeprowadzki, to jeszcze traciłem Flynna.
Dobrze mi szło, genialnie wręcz, bo zamiast stabilizacji, dostałem destabilizację.
@The Edge
I rozmawialiśmy głównie o Fontaine, ale co z tym Razielem? Sam Flynn mówił, że wpatrywałem się w niego jak w obrazek, że byłem ślepo zapatrzony. Może miał rację? Może tak naprawdę nie dopuszczałem do siebie tego, co mi przekazywał? Tę całą, brutalną prawdę? Nie chciałem żeby to była jakakolwiek prawda, ale... Flynn miał naprawdę spory bagaż za sobą i zamiast mi o tym wszystkim opowiedzieć, o tym, co mu ciążyło, to wolał usilnie unikać rozmowy i martwić się, że w końcu odkryję prawdę - zapewne w nieodpowiednim momencie - i wszystko jebnie. A jakżeby miałoby być inaczej, mój ciołku, skoro ukrywałeś się w cieniu, zamiast pokazać się w całej okazałości w pełnym świetle? W końcu musiałem poznać prawdę. Całą prawdę o Flynnie Bellu.
Męczyły mnie jego uczucia. Drążyły w sercu skomplikowane wzory. Bolało. Chciałem go przytulić i pocieszyć, zmazać łzy z jego policzków, ale próbowałem być silnym by samemu się nie rozkleić, nie rozpaść czy ostatecznie nie stchórzyć, by na koniec ponownie pozwolić sobie wejść na głowę. Kochałem go i zrobiłbym dla niego wszystko, ale potrzebowałem również czystego umysłu, niezaśmieconego Fontaine, Kleopatrą, Razielem czy innymi zmorami, o których nie miałem jakiegokolwiek pojęcia.
Drgnąłem, kiedy rzucił butelką. Nie spodziewałem się tego, ale utwierdziło mnie jedynie w przekonaniu, że nie mogłem położyć ręki na jego ramieniu, nie mogłem przytulić się do jego pleców i zatopić nosa w jego szyi. Moje ciało, moje serce rwało się do tego, ale jakieś ostatki rozumu nie pozwalały mi chociażby drgnąć by nie przegrać tej batalii. Tak miało być lepiej...? Heh. Mogłem się żałośnie pocieszać.
- Flynn... - zacząłem, ale nie miałem słów, które mogłyby naprawić jego świat. Już nigdy nie będzie żył w świecie, w którym nie oświadczyłem głośno własnych pragnień i wątpliwości. Chciałem z nim być, chciałem nawet tak oficjalnie, na całego. Ba!, byłbym wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! Nosiłbym się dumnie, ale niestety nie chciałem niepewności, wiecznych obaw i niedopowiedzeń. Potrzebowałem stabilizacji, a nie dramatów jak tych teraz.
Zapewne dalej bym szukał rozwiązania w swoim umęczonym umyśle na nasze beznadziejne położenie, ale jego słowa podziałały na mnie niczym płachta na byka. Zmroziły, wkurzyły, wprawiły w stan gwałtownej reakcji. Jak mógł tak mówić, skoro tej wiedzy właśnie chciałem, potrzebowałem. Na dodatek znowu się gubił w swoich myślach, odpływał, zanikał i nawet nie próbował ze mną pozostać, zawalczyć, nic.
- Wiesz co, Flynn?! - zapytałem wściekły, a warto pamiętać, że nie za często pozwalałem sobie na takie emocje. Nie miałem już cierpliwości, sił. Podniosłem się na łóżku by zrobić ten krok i zeskoczyć na podłogę. Choć musiałem w tej chwili wyglądać jak jakiś Alexander Wielki, to wcale się tak nie czułem. Śmieć, nie król. - Jesteś zaradny. Ogarnij amnezjatora i wyczyść mi wszystko, każdą jebaną myśl o sobie. Będziesz mógł być szczęśliwy - stwierdziłem niepocieszony, po czym zabrałem paczkę papierosów z szafki i trzasnąłem za sobą drzwiami. Nawet nie wziąłem ze sobą szlafroka, ale jebałem to. Przysiadłem na schodku przy wejściu do wozu i odpaliłem papierosa, chcąc ochłonąć. Nie dość, że była pełnia, zbieraliśmy się do przeprowadzki, to jeszcze traciłem Flynna.
Dobrze mi szło, genialnie wręcz, bo zamiast stabilizacji, dostałem destabilizację.
@The Edge