Zbyt długie czekanie na to aż skrzaci sługa wyruszy na otwarcie mu drzwi tylko bardziej zirytowałoby go. Obowiązujące w świecie czarodziejów gwarantowało panu nawet możliwość zabicia swojego skrzata domowego, jeśli taka była jego wola. Chester nie był panem jakiegokolwiek skrzata należącego do Mulciberów i nie miał takiego prawa. Gdyby jednak poczuł potrzebę wyładowania się na tym nędznym stworzeniu to Robertowi albo Richardowi mogłoby się to nie spodobać, aczkolwiek nie z tego względu że zrobiłoby się im żal losu skrzata domowego, lecz przez utratę przydatnego sługi nawet jeśli można było go zastąpić innym. Z tym wiązało się jednak trochę formalności, gdyż przydziałem tych istot zajmowało się Biuro Relokacji Skrzatów Domowych. Przez wzgląd na wyraźną awersję Mulciberów do Ministerstwa Magii nie powinien narażać ich na tak wielką niedogodność.
Zadowalające dla niego było to, że jego nie spotkała równie wielka niedogodność i drzwi tego domu w dalszym ciągu pozostawały dla niego otwarte. Rookwood nawet nie zamierzał zniżać się do tego aby skinąć głową skrzatowi domowemu. Przekazał za to stworzeniu swoją pelerynę, rzucając tym okryciem wierzchnim z jego stronę z wyraźną nonszalancją. Zamierzał poświęcić mu tyle samo uwagi, co stojącemu w korytarzu stojakowi na parasole. Pozostał w swoim czarnym garniturze, w połączeniu z białą koszulą, na którą założył elegancką kamizelkę.
Nie zwlekając skierował swoje kroki do dobrze znanego salonu, w którym zamierzał zająć jeden z foteli. Dla niego salon wyglądał dokładnie tak samo, jak podczas jego ostatniej wizyty w tym domu. Zmienną natomiast było to, że służący Mulciberom skrzat nie skierował się do gabinetu Roberta, tylko na piętro tego domu. Doskonale wiedział, że ten mężczyzna w swoim gabinecie spędzał większość dnia. Długotrwała współpraca pomiędzy nimi pozwoliła mu poznać pewne nawyki tego Śmierciożercy, doskonale widoczne podczas ich spotkań. Tworzyło to pewną rutynę. Przynajmniej tak było do dnia zniknięcia Roberta. Bo dzisiejsze spotkanie będzie przebiegać inaczej, niż wszystkie poprzednie. Chester nie potrafił przewidzieć, jak bardzo będzie się różnić od tamtych. Tak jak nie był w stanie określić, jak się zakończy.
Nie dało się zignorować tego, że chyba po raz pierwszy Robert kazał mu czekać na siebie. Spoglądał na tarczę swojego zegarka kieszonkowego z dewizką, kiedy zmaterializował się przed nim skrzat przekazujący mu informację, którą bardzo chciał otrzymać.
— Oby ta chwila nie trwała zbyt długo. — Westchnął podczas zatrzaskiwania wieczka zegarka, chowając go do kieszonki w swojej kamizelce. Konieczność odmierzania pięciu minut nie odpowiadała mu, w czym nie było nic dziwnego. Chester również przywiązywał ogromną wagę do właściwej prezencji i nie pozwalał sobie na nieodpowiedni ubiór. O ile od niego tego nie wymagała jego praca.
— Robercie. — Podniósł się z zajmowanego przez siebie fotela. Krótko skinął mu głową w ramach powitania. — Ta rozmowa nie powinna odbywać się w tym salonie. — Podążył za tym czarodziejem w stronę należącego do niego gabinetu. Obserwował uważnie plecy Roberta. Zbliżając się do tego słabo oświetlonego korytarza musiał zwalczyć odruch sięgnięcia po swoją różdżkę, choć może powinien mu ulec. Przeszedł jako drugi przez otwarte drzwi. Po zamknięciu ich zbliżył się do biurka. Kolejną zmianą w charakterze ich spotkań było to, że gospodarz nie napełnił szklanek ognistą whisky.
— Twoje... niestawiennictwo w dniu ataku na Beltane, twoja ucieczka i twój równie niespodziewany powrót do Londynu, będący bardziej przejawem głupoty, niż zdrowego rozsądku. Nasz Mistrz wyznaczył ciebie na swoją lewą rękę, co po prostu odrzuciłeś zaprzepaszczając wszystko, co osiągnąłeś do tej pory. Wytłumacz się z tego, co popchnęło cię ku zdradzie. Póki chcę cię wysłuchać. — Przeszedł od razu do rzeczy, dobywając w tym momencie swojej różdżki. Dzierżącą ją dłoń trzymał na razie opuszczoną wzdłuż ciała. W każdej chwili był gotów ją unieść, gdyby zaistniała taka potrzeba. W chwili obecnej wszystkie czyny Roberta rozpatrywał w kategorii zdrady, która powinna być karana śmiercią. Nie otrzymał takiego polecenia od swojego Pana i Mulciber nie musiał obawiać się tego, że zostanie przez niego zabity. Przez wzgląd na dawną współpracę dał mu możliwość wytłumaczenia się. Obecna sytuacja była jedną z tych, w których mogli skrzyżować swoje różdżki. Na to chciał być gotowy.
Przez zostanie wykluczonym ze spotkania organizowanego przez Czarnego Pana w chwili obecnej nie potrafił powiedzieć czego ono dotyczyło, kto w nim uczestniczył, jak przebiegało i jakie były jego następstwa. Towarzyszące mu poczucie wykluczenia nie było czymś, o czym zamierzał porozmawiać z Mulciberem ani z nikim innym. Nie byłoby to rozsądne. Istniała zbyt duża szansa, że jego przemyślenia zostałyby uznane za kwestionowanie woli ich Mistrza i mogły dotrzeć do jego uszu. Dlatego postanowił zachować to dla siebie.