Dziwny był to czas, zwłaszcza w domu Longbottomów, gdzie wszyscy należeli w jakiś sposób do zbrojnego ramienia Ministerstwa, przeszli na emeryturę ze zbrojnego ramienia i mieli ze zbrojnym ramieniem sporo koneksji. Jednocześnie, niemal nie pamiętało się, że pojawiły się pierwsze ataki terrorystyczne. Na dodatek będąc czystokrwistym czarodziejem, miał znacznie mniejsze szanse na to, aby go zaatakowano. Nagle te pojedyncze karty, które wypadały podczas tasowania, układały się w sens. Szóstka buław, uważaj, komu ufasz, Wieża, nawet Śmierć. Zmiana.
Czas jednak ciągnął się jak melasa, rozrywany tylko chwilowymi wybuchami, śmiechu lub gotowości do walki. Kiedy słyszy się wojna, wyobraża się strzały, wybuchy, same w sobie okopy, a nie powolne życie wszystkich dookoła. Zwłaszcza że on nie zamierzał nazywać tego wojną, to jedynie postulaty organizacji terrorystycznej, ataki osób, które uważają, że przemoc i zniszczenie są słusznym narzędziem i nie znają zdrowego rozsądku.
Czarny Pan, śmieszne, nie był nawet czarnoskóry.
Coś jednak dręczyło go na tyle, że nie spoglądał na przyszłość tak prędko, jak zwykle, wycofywał się ze swojego daru, w obawie, że dojrzy to, co nad Martą Warren, gdy dostrzegł jej ducha. Całkowitą pustkę przyszłości, zerwanie nici przez najstarszą z Mojr. Zwykle panował nad swoimi reakcjami, nieważne co widział, czasami jednak, zwłaszcza gdy coś go zaskoczyło, brał szarpany, długi wdech.
Zdradzał się.
Z paczuszką pod ramieniem, zapakowaną niepozornie w szary papier z jutowym sznurkiem, zapukał do drzwi Bulstrodów. Miał przesyłkę do rąk własnych, co nie było jakieś nietypowe dla pracowników Departamentu Tajemnic. Ciągle gdzieś przemykali, przynosili dziwne rzeczy, badali. Robili dziwne rzeczy, zwłaszcza ci, którym już niewiele mózgu zostało, że szkoda ich odprawiać, lepiej poczekać, aby dostali godziwe odszkodowanie ze względu na szkody na zdrowiu.
— Do pani ojca, dobry wieczór pani Bulstrode — przywitał się, uchylając jej kapelusza, z którego popłynęło kilka kropli deszczu. — Mam nadzieję, że wieczór mija pani spokojnie.
Chińskie przekleństwo brzmiało obyś żył w ciekawych czasach. Morpheus, zdejmując płaszcz w kolorze pustynnego piasku o zmierzchu, jeszcze nie czarnego, nie szarego, lecz przypalanego cynamonem brązu, przyznawał tej mądrości rację. Teraz życzono innym, jakby w nowej formie protego bezpiecznej podróży, bezpiecznej zmiany, spokojnego wieczoru, z dużo większą intencją, zwłaszcza gdy przyjaciele nie żyli w dworkach czystokrwistej arystokracji, a w kamienicach, mając w swoich rodowodach mugoli lub pochodząc z mugolskich rodzin.
— Mam przesyłkę do rąk własnych. Wzmożone środki ostrożności.