19.12.2023, 20:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2024, 00:20 przez Albert Rookwood.)
Gdy Chester wspomniał "wujka", Albert potrząsnął głową, jak wyrwany ze snu. Gry, nagrody, maskotki, jednorożce? Oczywiście, nie ma sprawy! Pomógł doczyścić palce młodszego wnuka stryjecznego i wziął go na ręce, z niemrawym uśmiechem przysłuchując się słowom Camille, która postanowiła tymczasowo się ulotnić.
– Kocham cię – szepnął do brata, zupełnie nie patrząc mu przy tym w twarz.
Nagle poczuł ciężar obcej dłoni na swoim ramieniu. Z zaskakująco intensywnym oburzeniem odwrócił głowę do Szeptuchy, której prezencja sama w sobie wydawała się go wybitnie obrzydzać.
– Zostaw mnie, prukwo jeb-... – urwał, przypominając sobie o małym, niewinnym Convenie, którego dalej trzymał przy piersi i który niewątpliwie słyszał całą tę rozmowę.
Lawenda, Róża, Mak? To musiały być imiona nowych dziwek Rena. Dziwki kłamią, zrobią wszystko dla pieniędzy i mają jakieś problemy z głową — absolutny standard, po co w ogóle mu to mówiła? To jakaś forma nachalnej reklamy? Szczęście, że starucha szybko się odczepiła; ledwo powstrzymał się od splunięcia za nią.
– Chester, jak ty ich nazwałeś? "Odszczepieńcy"? – rzucił kpiąco i zaśmiał się z własnych słów.
Nim zdążyli wyruszyć ku straganom, odnalazł ich Augustus wraz z żoną. Kiwnął głową przystrojoną w bylicowy wianek w ich kierunku i posłał im krótkie pozdrowienia, uśmiechając się szeroko. Wciąż miał w spojrzeniu tę niepokojącą lekkość, nietrzeźwość niemal.
– Mam nadzieję, że dobrze wam zleciało – powiedział, ostrożnie przekazując bratankowi trzymanego na rękach pięciolatka. – Postaramy się uwinąć w trymiga.
Poklepał Chestera po plecach i marszem ruszył ku najbliższej atrakcji, strzałom z procy. Dłuższą chwilę spędził, stojąc w milczeniu w kolejce i penetrując zakamarki swoich starych, ciepłych od promieni wakacyjnego słońca wspomnień. Uśmiech spełzł mu z twarzy dopiero wtedy, kiedy musiał zacząć nerwowo wygrzebywać z kieszeni zaśniedziałe drobniaki, żeby zapłacić za przyjemność posiadania mglistej szansy na wygranie maskotki dla dzieciaka.
3 x aktywność fizyczna
– Kocham cię – szepnął do brata, zupełnie nie patrząc mu przy tym w twarz.
Nagle poczuł ciężar obcej dłoni na swoim ramieniu. Z zaskakująco intensywnym oburzeniem odwrócił głowę do Szeptuchy, której prezencja sama w sobie wydawała się go wybitnie obrzydzać.
– Zostaw mnie, prukwo jeb-... – urwał, przypominając sobie o małym, niewinnym Convenie, którego dalej trzymał przy piersi i który niewątpliwie słyszał całą tę rozmowę.
Lawenda, Róża, Mak? To musiały być imiona nowych dziwek Rena. Dziwki kłamią, zrobią wszystko dla pieniędzy i mają jakieś problemy z głową — absolutny standard, po co w ogóle mu to mówiła? To jakaś forma nachalnej reklamy? Szczęście, że starucha szybko się odczepiła; ledwo powstrzymał się od splunięcia za nią.
– Chester, jak ty ich nazwałeś? "Odszczepieńcy"? – rzucił kpiąco i zaśmiał się z własnych słów.
Nim zdążyli wyruszyć ku straganom, odnalazł ich Augustus wraz z żoną. Kiwnął głową przystrojoną w bylicowy wianek w ich kierunku i posłał im krótkie pozdrowienia, uśmiechając się szeroko. Wciąż miał w spojrzeniu tę niepokojącą lekkość, nietrzeźwość niemal.
– Mam nadzieję, że dobrze wam zleciało – powiedział, ostrożnie przekazując bratankowi trzymanego na rękach pięciolatka. – Postaramy się uwinąć w trymiga.
Poklepał Chestera po plecach i marszem ruszył ku najbliższej atrakcji, strzałom z procy. Dłuższą chwilę spędził, stojąc w milczeniu w kolejce i penetrując zakamarki swoich starych, ciepłych od promieni wakacyjnego słońca wspomnień. Uśmiech spełzł mu z twarzy dopiero wtedy, kiedy musiał zacząć nerwowo wygrzebywać z kieszeni zaśniedziałe drobniaki, żeby zapłacić za przyjemność posiadania mglistej szansy na wygranie maskotki dla dzieciaka.
3 x aktywność fizyczna
Rzut N 1d100 - 62
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 89
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 81
Sukces!
Sukces!