20.12.2023, 06:00 ✶
Nawet jeśli Sarah na jego ewentualną pomoc po potknięciu gotowa była machnąć ręką, to kiedy tylko straciła równowagę, próbował jej jakoś pomóc. Odruchowo wręcz, ciągnąc ją lekko za rękę, drugą próbując pochwycić ją za łokieć i tym samym przywrócić jej chociaż odrobinę stabilności, którą zakłóciła ta podstępna kępka trawy, na którą przed chwilą wpadła.
Kiedy tak łapał te Macmillan, to mimowolnie myślami powędrował do Septimy, którą jeszcze nie tak dawno w podobny sposób do siebie przyciągał, ale o wiele bardziej gorliwie chcąc ją od tego upadku uchronić. Przez chwilę minę miał nietęgą, ale to szybko się zmieniło, w odpowiedzi na zniknięcie Murtagha, który do tej pory krążył dookoła nich niczym sęp. Niby nie spędził w ich towarzystwie długo, ale to całkowicie wystarczało Leviathanowi na cały dzisiejszy dzień i gdyby to od niego miało zależeć, unikałby starszego brata Sary do końca święta. Nie wątpił, że w każdych innych okolicznościach, pewnie dobrze by się z nim dogadywał i o wiele chętniej szukał wspólnych tematów do rozmowy, bo w gruncie rzeczy, Murtagh wyglądał na sensownego człowieka. Takiego, którego nawet opłacało się znać.
- Absolutnie nie - odpowiedział krótko, pewien że i tak zaraz mu sama powie, co takiego ten jej krwawnik znaczył. I nie przeliczył się. Uśmiechnął się do niej lekko, chociaż może odrobinę krzywo, mieląc w głowie myśl, że lepiej gorzej tego dnia nie mogła dzisiaj trafić, skoro miał jej się oświadczać. Może był to jakiś znak od losu. Albo od Agathy. - Nie znam się zbytnio na roślinach, ale w takim razie, co znaczą kwiatki wplecione w mój wianek? - zapytał, wskazując palcem na swoją głowę i pyszniące się na niej fioletowe kwiatki werbeny.
- Nie chodziłaś na jakieś święta czy festyny, gdzie organizatorem nie był twój kowen? - zainteresował się, przyglądając jej nieco uważniej. - Nie wiem, jakiś jarmark na Pokątnej? - czy cokolwiek innego, urządzanego ku uciesze społeczeństwa z okazji świąt mniejszych lub większych. Po prawdzie też, trochę podejrzewał, ze może żartowała, ale jednocześnie kiedy tak na nią patrzył, wcale nie był tego do końca taki pewien. Może ją mama trzymała pod takim kloszem, albo tak angażowała we wszystkie zajęcia kowenu, że nie miała na nic innego czasu.
- Zdecydowanie zbyt rzadko - parsknął, nawet nieco rozbawiony. Brakowało tylko, żeby wysupłała zaraz z kieszeni kasztan i rzuciła mu go pod nogi, żeby zaraz zapytać, czy to jego. Albo żeby on zrobił tę sztuczkę. - W każdym razie. Gdybyś dzisiaj nie musiała spędzać czasu ze mną, to czym byś się tutaj zajmowała?
Kiedy tak łapał te Macmillan, to mimowolnie myślami powędrował do Septimy, którą jeszcze nie tak dawno w podobny sposób do siebie przyciągał, ale o wiele bardziej gorliwie chcąc ją od tego upadku uchronić. Przez chwilę minę miał nietęgą, ale to szybko się zmieniło, w odpowiedzi na zniknięcie Murtagha, który do tej pory krążył dookoła nich niczym sęp. Niby nie spędził w ich towarzystwie długo, ale to całkowicie wystarczało Leviathanowi na cały dzisiejszy dzień i gdyby to od niego miało zależeć, unikałby starszego brata Sary do końca święta. Nie wątpił, że w każdych innych okolicznościach, pewnie dobrze by się z nim dogadywał i o wiele chętniej szukał wspólnych tematów do rozmowy, bo w gruncie rzeczy, Murtagh wyglądał na sensownego człowieka. Takiego, którego nawet opłacało się znać.
- Absolutnie nie - odpowiedział krótko, pewien że i tak zaraz mu sama powie, co takiego ten jej krwawnik znaczył. I nie przeliczył się. Uśmiechnął się do niej lekko, chociaż może odrobinę krzywo, mieląc w głowie myśl, że lepiej gorzej tego dnia nie mogła dzisiaj trafić, skoro miał jej się oświadczać. Może był to jakiś znak od losu. Albo od Agathy. - Nie znam się zbytnio na roślinach, ale w takim razie, co znaczą kwiatki wplecione w mój wianek? - zapytał, wskazując palcem na swoją głowę i pyszniące się na niej fioletowe kwiatki werbeny.
- Nie chodziłaś na jakieś święta czy festyny, gdzie organizatorem nie był twój kowen? - zainteresował się, przyglądając jej nieco uważniej. - Nie wiem, jakiś jarmark na Pokątnej? - czy cokolwiek innego, urządzanego ku uciesze społeczeństwa z okazji świąt mniejszych lub większych. Po prawdzie też, trochę podejrzewał, ze może żartowała, ale jednocześnie kiedy tak na nią patrzył, wcale nie był tego do końca taki pewien. Może ją mama trzymała pod takim kloszem, albo tak angażowała we wszystkie zajęcia kowenu, że nie miała na nic innego czasu.
- Zdecydowanie zbyt rzadko - parsknął, nawet nieco rozbawiony. Brakowało tylko, żeby wysupłała zaraz z kieszeni kasztan i rzuciła mu go pod nogi, żeby zaraz zapytać, czy to jego. Albo żeby on zrobił tę sztuczkę. - W każdym razie. Gdybyś dzisiaj nie musiała spędzać czasu ze mną, to czym byś się tutaj zajmowała?