Nawet jeżeli Richard miał swobodę poruszania się po posiadłości, znał granice, gdzie wyznaczał Robert. Jednakże pod jego nieobecność, przejmował stery. Tak i w tym przypadku, na jego głowę spadł problem znajdujący się w piwnicy. Musiał pilnować kamienicy, nie wiedząc czy coś się nie odwali. Z gabinetu korzystał, ale rzadko. Gdy go opuszczał, zostawiał w stanie nienaruszonym. Nawet po przeczytaniu ważnych, czy nawet zaległych listów. Analizując materiał, jaki mu pod nos podrzucił parę dni temu Robert, odnośnie pieczętowania. Tego, ile on sam powinien wiedzieć, aby się tutaj nie nudzić.
Godziny upływały, nic się nie działo. Trwała cisza i monotonia dnia. Niby na dobre, ale też na złe. Niewiedza co dzieje się z bratem, była bardziej irytująca niż cisza panująca w kamienicy. Wciąż myślami do tego wracał, kiedy wyjmował cenną dla siebie papierośnicę, uzupełnioną o papierosy. Tym razem chyba wypalał paczkę. Że jednego ze skrzatów wysłał po zakup. Cygar nie zamierzał ruszać. Nie mógł ryzykować pojawianiem się w mieście, skoro nie wiedział, co się dzieje z jego bliźniakiem.
Zapewne zmierzał wieczór. Może było później. Richard wychodził właśnie z piwnicy do kuchni. Odwiedził na ten dzień ostatni raz Henriettę. Zadbał o jej umysł, aby urok nadal działał. Ogarnął ją i nakarmił. Udał się do części kuchennej, aby znów wrzucić naczynia do zlewu. Westchnął podpierając się o blat kuchenny, spojrzawszy przed okno. Odruchowo pomasował się po karku, jakby coś poczuł, ukłucie, swędzenie, czy większy niepokój. Stres? Nerwy? Często tak masował, jak był przepracowany. Ale dzisiaj, było jakoś inaczej. Nie minęła chyba dłuższa chwila, a zdawało mu się, że usłyszał hałas w salonie. Wyjął różdżkę i wyszedł z kuchni, zachowując czujność i ostrożność. Nie był pewny, czy to Robert. Ale kiedy zobaczył pozostawioną charakterystyczną szatę, nie miał wątpliwości. ”Czy ja zawsze muszę po nim sprzątać…?” - zapytał sam siebie w myślach.
Zgarnął odzienie i skoro w salonie go nie dostrzegł, mógł być tylko w jednym miejscu. Gabinet. Tam też się udał. Po drodze rzucił zaklęciami zabezpieczającymi na całą kamienicę, aby wzmocnić ich działanie. Więcej gości tutaj nie chciał.
Bez pukania. Otworzył drzwi i wszedł do środka, słysząc na powitanie słowa brata. Drzwi zamknął pchnięciem, aby trzasnęły. Co z tego, że są wiekowe. Mają jeszcze stabilne zawiasy. Różdżkę wciąż miał w dłoni. Ruszył do biurka w drodze udzielając odpowiedzi bratu.
- Chętnie bym Ci strzelił w pysk. Ale widzę…Tutaj się zatrzymał w połowie drogi, zwalniając nieco tempa, kiedy jego brat zmierzał w kierunku biurka. Widział że jest osłabiony, ale nie tylko. Dostrzegł coś, co zapewne nie zostało ukryte. Nie mroczny znak na przedramieniu. Coś miał na karku? Zmarszczył brwi, kiedy Robert siadał na fotelu.
- … że jesteś osłabiony.
Dokończył z wyraźną powagą. Pozbieraną szatę z korytarza, rzucił na jeden z foteli.
- Dlaczego mnie okłamałeś?
Zapytał, chcąc zrozumieć jego chorą decyzję. Niby czuł ulgę że brat wrócił cały, to jednak chciał wiedzieć, co się stało.
- Co tam się stało? Nie było Cię dwa dni.
Kolejne pytania. Wręcz żądające wyjaśnień. Schował różdżkę. Podszedł do szafki aby zgarnąć napełnioną dla niego szklankę. Chyba też tego potrzebował. Nie strzeli mu na razie w pysk, to chociaż dołączy do picia.