Może to była paranoja… Ale przez ostatni czas stało się tak dużo złego, że Victoria nie miała zamiaru dopuścić, by tak droga jej osoba miałaby ucierpieć dlatego, że machnęła na coś ręką, bo „może tylko jej się wydaje”. Sama była o krok od śmierci, miała dlatego w ogóle nie patrzeć na innych, bo wszystkich prędzej czy później czeka ten sam los? Powrót do cyklu, do… Limbo? Laurent miał tak dużo rzeczy do zrobienia, dobrych rzeczy. Całe życie przed sobą, swoje szczęście do znalezienia, z dala od tego, co chciałaby jego macocha czy ojciec. Zasługiwał na to – na własne szczęście. I przecież od tego byli przyjaciele – by cię podtrzymać, gdy ty nie mogłeś. By cię popchnęli, gdy nie potrafiłeś zrobić kroku. I by cię ochronili, gdy nie potrafiłeś sam tego zrobić.
Victoria wysłała list do Harper, a w odpowiedzi dostała służbowe polecenie, by zostać na miejscu. I tak by została, niezależnie od rozkazu, za to Atreusowi kazano się wymeldować – i pewnie nie był z tego zadowolony. Ale zostawił New Forest w dobrych rękach – Brenny, Victorii… A nie były tutaj przecież tylko we dwie. To była długa noc, Lestrange zdołała się przespać tak naprawdę urywanie, ale nie było to dla niej nic nadzwyczajnego.
Brenna krążyła w okolicy pod wilczą postacią, zaś Victoria siedziała na ławce przed domem Laurenta, w czarnym mundurze aurora. Na kolanach położyła swoją różdżkę, a w dłoni trzymała lusterko od Pandory, dzięki któremu miała podgląd na to, co widziały jej mechaniczne koliberki. Dym papierosowy, który wypuszczał z siebie Vincent, zupełnie jej nie przeszkadzał. Ostatnimi czasy łapała się na tym, że… lubi ten zapach. Smród. Ale jej się podobał – dlatego Prewett nie usłyszał ani słowa o tym, że ma przy niej nie palić, ani że śmierdzi jak popielniczka. U jej boku siedział Duma – czy raczej leżał sobie, od czasu do czasu gładzony po łbie, pomiędzy uszami. To była taka standardowa pieszczota, jaką od niej od zawsze otrzymywał – i choć nie było tutaj z nimi Laurenta, to jarczuk wydawał się być całkiem spokojny… I Lestrange miała nadzieję, że tak zostanie; że nie będą mu musieli dać żadnej komendy, po której ten rzuci się na nieproszonego gościa.
Rzut, czy mechaniczne koliberki coś zobaczą / percepcja