27.12.2023, 23:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2023, 23:07 przez The Overseer.)
Ugh. Ukryłbym go teraz przed tym wszystkim, przed całym światem i jego złem, przed moimi demonami i nerwowością. Zamknąłbym go najchętniej w swoich ramionach, tak szczelnie, że nie przebiłaby się przez nie chociażby jedna smuga księżyca. Schował najgłębiej niczym największy skarb, którym właściwie był.
Plułem sobie w brodę, że pozwoliłem sobie na wściekłość, na pretensje, na wybicie się ze stałego rytmu, zamiast pamiętać, że Flynn mnie kochał i był przy mnie, nie zaś przy kimś innym. Wspierał mnie, cyrk, pozostałych członków naszej rodziny. I to wszystko robił dla mnie, bo cenił sobie moją osobę, moje towarzystwo, moją miłość.
I może bym się łamał, może czuł coraz gorzej, ale na szczęście pojawiła się nadzieja, światełko, ku mojej niezmiernej uldze czułem, jak pod dotykiem moich dłoni coś się we Flynnie zmieniało. Lgnął do mnie, powoli, niepewnie, ale coraz bardziej i bardziej. Potrzebował dotyku! Potrzebował go jak zawsze, niczym narkotyku, a ja właśnie tego mu wcześniej odmówiłem. Dopiero teraz to do mnie docierało, że go odtrąciłem... Tak odruchowo, niespodziewanie i sobie wyszedłem, raniąc go dogłębnie. W pełni zasługiwałem sobie na ten ambaras, na załamanie Flynna i bałagan, którego dokonywał, tylko że Flynn sam w sobie na to nie zasłużył. To były moje chore wymysły, a nie jego. Moje złe odczuwanie pełni i jakieś popieprzone teorie spiskowe, a nie Flynna.
- Nie jesteś pusty, Flynn. Nigdy nie byłeś pusty. Jesteś najpełniejszym człowiekiem jakiego znam i dlatego czujesz się tak, jak się czujesz - szepnąłem do niego, będąc blisko, przytulając go do siebie, będąc przez niego przytulanym. Był piękny pomimo smutku i rozpaczy, pomimo łez i jawnego zgubienia. - I daję ci siebie, daję siebie. Jesteśmy razem. Już na zawsze, hmm? - mówiłem do niego przyciszonym głosem, chcąc upewnić nas w tym. To, co wyznałem, to cała prawda. Właśnie uszła ze mnie, usłyszał ją świat i tak właśnie było zapisywane w gwiazdach. Na zawsze razem - Flynn i Alexander.
Czułem jak po moim ciele rozlewa się gwałtowne ciepło, kiedy mnie całował, będąc tak blisko, wręcz przylegając do mnie każdym możliwym skrawkiem swojego ciała. Napierał na mnie nie tylko nim, ale również wargami, zapraszając do głębokiego, namiętnego tańca. Odwzajemniłem się, nie pozostawałem dłużnym.
Radowałem się, bo miałem na powrót mojego małego, uciekającego w ramiona Flynna. Był tu, nie stronił ode mnie. Wygrana? Być może. Na razie siedzieliśmy na podłodze, trzymałem go na swoich kolanach. Całowaliśmy się do utraty tchu, przylegaliśmy do siebie w tańcu naszych ciał. Obejmowałem go skrzętnie, ściskałem dłońmi jego by był jeszcze bliżej, jeszcze mocniej ze mną. Niby ścian między nami nie było, a jednak... Ta bliskość jak zawsze była niewystarczająca. Pragnąłem więcej, podobnie jak Flynn. Czy on chciał więcej...? Zdecydowanie. Sam prowokował mnie i kusił tymi przygryzieniami moich ust, zawieszeniem się na mnie. Czułem go wszystkimi zmysłami i... kupił mnie, kupił mnie cholernie. Zresztą, sprzedawałem się mu za każdym razem, niezależnie od tego jak bardzo był blisko, jak usilnie całował, w jakim byliśmy stanie.
Poderwałem się z podłogi z Flynnem na sobie. Nie puszczałem go, wciąż mocno obejmując jego plecy. Położyłem go na dywanie, przesuwając niedbale jakieś zagubione kartki w bliżej nieokreśloną dal. Oddychałem ciężko, chcąc jakoś przyspieszyć wszystko, ale palce mi się plątały, kiedy próbowałem rozwiązać ten przeklęty sznurek. Choć to wcale nie była wina palców, bo przecież wszędzie bym się nimi wkradł niepostrzeżenie. Bardziej wina leżała po tym, że nie chciałem rozstawać naszych ust i splecionych ze sobą ciał, a jednak musiałem by być z nim jeszcze bliżej. Taki brak logiki, z którym nie mogłem walczyć, więc tylko na chwilę się przesunąłem ze swoimi biodrami by zrobić miejsce rękom. Zaśmiałem się nawet, pozbywając się dolnej i za jednym zamachem też górnej części ubioru.
- Kocham cię - szepnąłem do jego ucha, ponownie wracając do naszej bliskości, do tańca naszych ciał. Nie sądziłem, że tej nocy albo którejkolwiek z najbliższych znajdę czas i siły na ludzkie uniesienia, ale spotkałem się z miłą niespodzianką, na koniec zziajany opadając na nagą pierś Flynna. Widziałem ten tatuaż, ten bałagan, wspomnienie zrozpaczonego Flynna, ale nie zamierzałem pozwalać sobie na jakiekolwiek wybuchy. Wszystko wróci do normy, Będę spokojny, stateczny. Flynn może na jakiś czas zniknie, ale potem do mnie wróci i ja w to wierzyłem, dlatego pozwoliłem sobie za zamknięcie oczu i niepostrzeżone odpłynięcie do krainy snów.
Nie spałem dobrze, pomimo owocnych zapowiedzi. Miałem koszmary, a jeszcze księżyc nie przestawał dawać mi w kość. Więc za którymś razem, kolejnym przebudzeniem, po cichu wysunąłem się spod kołdry i stąpając boso przez przyczepę, magicznie posprzątałem ten bałagan. Przynajmniej pobieżnie, bo parapetem zamierzałem zająć się później by nie budzić Flynna.
Cmoknąłem go w czoło i wyszedłem oddać się obowiązkom. Zamierzałem z nim później porozmawiać o tym, co się wydarzyło, jakoś delikatnie, też go przeprosić raz jeszcze za siebie, ale najwyraźniej nie miało być mi to dane...?
@The Edge
Plułem sobie w brodę, że pozwoliłem sobie na wściekłość, na pretensje, na wybicie się ze stałego rytmu, zamiast pamiętać, że Flynn mnie kochał i był przy mnie, nie zaś przy kimś innym. Wspierał mnie, cyrk, pozostałych członków naszej rodziny. I to wszystko robił dla mnie, bo cenił sobie moją osobę, moje towarzystwo, moją miłość.
I może bym się łamał, może czuł coraz gorzej, ale na szczęście pojawiła się nadzieja, światełko, ku mojej niezmiernej uldze czułem, jak pod dotykiem moich dłoni coś się we Flynnie zmieniało. Lgnął do mnie, powoli, niepewnie, ale coraz bardziej i bardziej. Potrzebował dotyku! Potrzebował go jak zawsze, niczym narkotyku, a ja właśnie tego mu wcześniej odmówiłem. Dopiero teraz to do mnie docierało, że go odtrąciłem... Tak odruchowo, niespodziewanie i sobie wyszedłem, raniąc go dogłębnie. W pełni zasługiwałem sobie na ten ambaras, na załamanie Flynna i bałagan, którego dokonywał, tylko że Flynn sam w sobie na to nie zasłużył. To były moje chore wymysły, a nie jego. Moje złe odczuwanie pełni i jakieś popieprzone teorie spiskowe, a nie Flynna.
- Nie jesteś pusty, Flynn. Nigdy nie byłeś pusty. Jesteś najpełniejszym człowiekiem jakiego znam i dlatego czujesz się tak, jak się czujesz - szepnąłem do niego, będąc blisko, przytulając go do siebie, będąc przez niego przytulanym. Był piękny pomimo smutku i rozpaczy, pomimo łez i jawnego zgubienia. - I daję ci siebie, daję siebie. Jesteśmy razem. Już na zawsze, hmm? - mówiłem do niego przyciszonym głosem, chcąc upewnić nas w tym. To, co wyznałem, to cała prawda. Właśnie uszła ze mnie, usłyszał ją świat i tak właśnie było zapisywane w gwiazdach. Na zawsze razem - Flynn i Alexander.
Czułem jak po moim ciele rozlewa się gwałtowne ciepło, kiedy mnie całował, będąc tak blisko, wręcz przylegając do mnie każdym możliwym skrawkiem swojego ciała. Napierał na mnie nie tylko nim, ale również wargami, zapraszając do głębokiego, namiętnego tańca. Odwzajemniłem się, nie pozostawałem dłużnym.
Radowałem się, bo miałem na powrót mojego małego, uciekającego w ramiona Flynna. Był tu, nie stronił ode mnie. Wygrana? Być może. Na razie siedzieliśmy na podłodze, trzymałem go na swoich kolanach. Całowaliśmy się do utraty tchu, przylegaliśmy do siebie w tańcu naszych ciał. Obejmowałem go skrzętnie, ściskałem dłońmi jego by był jeszcze bliżej, jeszcze mocniej ze mną. Niby ścian między nami nie było, a jednak... Ta bliskość jak zawsze była niewystarczająca. Pragnąłem więcej, podobnie jak Flynn. Czy on chciał więcej...? Zdecydowanie. Sam prowokował mnie i kusił tymi przygryzieniami moich ust, zawieszeniem się na mnie. Czułem go wszystkimi zmysłami i... kupił mnie, kupił mnie cholernie. Zresztą, sprzedawałem się mu za każdym razem, niezależnie od tego jak bardzo był blisko, jak usilnie całował, w jakim byliśmy stanie.
Poderwałem się z podłogi z Flynnem na sobie. Nie puszczałem go, wciąż mocno obejmując jego plecy. Położyłem go na dywanie, przesuwając niedbale jakieś zagubione kartki w bliżej nieokreśloną dal. Oddychałem ciężko, chcąc jakoś przyspieszyć wszystko, ale palce mi się plątały, kiedy próbowałem rozwiązać ten przeklęty sznurek. Choć to wcale nie była wina palców, bo przecież wszędzie bym się nimi wkradł niepostrzeżenie. Bardziej wina leżała po tym, że nie chciałem rozstawać naszych ust i splecionych ze sobą ciał, a jednak musiałem by być z nim jeszcze bliżej. Taki brak logiki, z którym nie mogłem walczyć, więc tylko na chwilę się przesunąłem ze swoimi biodrami by zrobić miejsce rękom. Zaśmiałem się nawet, pozbywając się dolnej i za jednym zamachem też górnej części ubioru.
- Kocham cię - szepnąłem do jego ucha, ponownie wracając do naszej bliskości, do tańca naszych ciał. Nie sądziłem, że tej nocy albo którejkolwiek z najbliższych znajdę czas i siły na ludzkie uniesienia, ale spotkałem się z miłą niespodzianką, na koniec zziajany opadając na nagą pierś Flynna. Widziałem ten tatuaż, ten bałagan, wspomnienie zrozpaczonego Flynna, ale nie zamierzałem pozwalać sobie na jakiekolwiek wybuchy. Wszystko wróci do normy, Będę spokojny, stateczny. Flynn może na jakiś czas zniknie, ale potem do mnie wróci i ja w to wierzyłem, dlatego pozwoliłem sobie za zamknięcie oczu i niepostrzeżone odpłynięcie do krainy snów.
Nie spałem dobrze, pomimo owocnych zapowiedzi. Miałem koszmary, a jeszcze księżyc nie przestawał dawać mi w kość. Więc za którymś razem, kolejnym przebudzeniem, po cichu wysunąłem się spod kołdry i stąpając boso przez przyczepę, magicznie posprzątałem ten bałagan. Przynajmniej pobieżnie, bo parapetem zamierzałem zająć się później by nie budzić Flynna.
Cmoknąłem go w czoło i wyszedłem oddać się obowiązkom. Zamierzałem z nim później porozmawiać o tym, co się wydarzyło, jakoś delikatnie, też go przeprosić raz jeszcze za siebie, ale najwyraźniej nie miało być mi to dane...?
@The Edge