Kiwnęła głową i sięgnęła po papierosa od Vincenta. Od kilku miesięcy zdarzało jej się coś tam popalać – tłumaczyła to sobie tym, że to przez te wszystkie nerwy, jakie w jej życiu od maja narosły do krytycznych poziomów. A że Sauriel ją częstował i widział, że była chętna… I takoż samo nie odmówiła Vincentowi, korzystając z tego, że dał jej też ognia, a ona zaciągnęła się i wypuściła dym. A potem łypnęła złowrogo na mężczyznę, kiedy ją poklepał po głowie. Co ona, pies? Albo małe dziecko?
Nie odpyskowała mu tylko dlatego, że kątem oka dostrzegła ruch na tafli lusterka, a niemalże w tym samym czasie Vincent zwrócił jej uwagę i wskazał palcem w przestrzeń przed nimi. Wbiła tam wzrok i poczuła, że serce mocniej jej zabiło – i to wcale nie z radości.
Miało tu nikogo nie być; Laurent przecież odwołał wszystkich pracowników, za wyjątkiem Vincenta, który tu mieszkał. Miały być tylko zwierzęta i oni… Zaś błysk czegoś białego w tym półmroku… To nie było nic, co na terenie New Forest w tej chwili miało być czymś normalnym. Nie widziała nigdzie Brenny, ale czemu ten ktoś kręcił się obok stajni?
Nie było czasu na więcej rozmyślań. Victoria jednym ruchem złapała za różdżkę i odłożyła lusterko na ławkę, a kiedy Vincent rzucał zaklęcie, to już stała.
– Biegnij! – rzuciła do Dumy. Żadne „bierz go”, póki co nie wiedziała, co się dzieje, ale kto wie, może trzeba będzie i taką komendę dać jarczukowi. Ten zresztą nie potrzebował więcej, by zerwać się i skierować sprintem w stronę stajni… Sama zresztą widziała dla siebie teraz tylko dwie opcje: albo się teleportować i przyjrzeć intruzowi, albo spróbować wytrącić mu różdżkę z ręki (bo chyba jakąś miał?). Wybrała to drugie.
Translokacja – wyrwani różdżki
Akcja nieudana