29.12.2023, 14:43 ✶
Macmillan wyglądała na wesołą. Nie miała pojęcia czego spodziewać się po tym dniu i najadła się rano trochę nerwów, ale Leviathan zachowywał się... miło. Był dla niej w porządku. Może nie wyczuł jej do końca z tym potknięciem, ale czuła się teraz o wiele pewniej niż podczas pierwszego spotkania i rozmów w towarzystwie ich ojców. Właściwie to zapomniała już o wszystkich problemach, jakie ją męczyły jeszcze niedawno - aktualnie miała przed sobą jego i to jemu umysł kapłanki poświęcał całą uwagę.
- Welbena to zioło lecznicze, więc większość kojarzonych z nią rzheczy to magomedycyna, łamanie klątw i złych myśli. Ale wiesz, umiem zlobić z niej, no dobrze z innej jej odmiany... napal, po któlym zawsze się świadomie śni? - Jej wianek momentalnie wydał jej się ciekawszy, chociaż werbena wyglądała estetyczniej. Czy istniało coś gorszego niż świadome śnienie? Cała noc pogrążająca się w samotności twojego umysłu. Takie sny nie brały jeńców.
- Pamiętasz jakiś jalmalk na Pokątnej, w któlym nie brhaliśmy udziału? - Odpowiedziała mu pytaniem, unosząc w górę brwi w zaciekawieniu. No ale musiała nabrać chociaż odrobinę powagi. - Czasami są wydarzenia, na któle chcę iść, a Whitecloft się nimi nie zajmuje, ale i tak znam większość stlaganiarzy albo kelnelów. - Zauważyła, że na tych nudnych, oficjalnych zabawach rodów czystej krwi, na które zawsze zabierała ją matka, najciekawsza i najmilsza wydawała jej się być zawsze obsługa. Tam działa się magia - na zapleczu, gdzie wszyscy faceci po kolei pluli Kanclerzowi do kawy, a nie w sali balowej, gdzie wszystkich dusiły fałszywe uśmiechy i tańce zbyt idealne, aby dobrze się podczas nich bawić. Nuda. I wieczna obawa, że powiesz coś nie tak, potkniesz się, użyjesz nie tego widelca, co trzeba... Największą skazą na wizerunku takich przyjęć było brak płynących w tym tańcu emocji - natura na niego nie reagowała.
Przesunęli się do przodu o kilka miejsc.
- Pewnie szyłabym i naplawiała wianki. Kiedy byłoby już mniej ludzi, ktoś znajomy przyszedłby i wyciągnął mnie na tańce, a później szukalibyśmy whróżek i elfów, no bo to przecież Litha... chociaż... nie, w tym rhoku nie, bo Isobell pophrosiła wszystkich kapłanów o przyjście do klęgu, kiedy słońce będzie chyliło się ku zachodowi. - Zapomniała o tym zupełnie. Czy w ogóle powinna tam iść? Wszyscy tak głośno powiedzieli „masz dzisiaj wolne”, ale to nie było związane z pracą kowenu, tylko... z czym? Chodziło o jakiś rytuał? Mogłaby zabrać Leviathana ze sobą. - Nie wyjaśniła czemu, więc pewnie wolałabym elfy. W tych okolicach musi być dużo faely, ale nie czuję ich. Może gdyby podejść bliżej drzew? Mmm, ale w klęgu pewnie będą czekały na mnie moje kuzynki - i przyjaciółki - Lola jej kuzynką przecież nie była, chociaż dało się pomylić.
I znowu kilka kroków.
- Welbena to zioło lecznicze, więc większość kojarzonych z nią rzheczy to magomedycyna, łamanie klątw i złych myśli. Ale wiesz, umiem zlobić z niej, no dobrze z innej jej odmiany... napal, po któlym zawsze się świadomie śni? - Jej wianek momentalnie wydał jej się ciekawszy, chociaż werbena wyglądała estetyczniej. Czy istniało coś gorszego niż świadome śnienie? Cała noc pogrążająca się w samotności twojego umysłu. Takie sny nie brały jeńców.
- Pamiętasz jakiś jalmalk na Pokątnej, w któlym nie brhaliśmy udziału? - Odpowiedziała mu pytaniem, unosząc w górę brwi w zaciekawieniu. No ale musiała nabrać chociaż odrobinę powagi. - Czasami są wydarzenia, na któle chcę iść, a Whitecloft się nimi nie zajmuje, ale i tak znam większość stlaganiarzy albo kelnelów. - Zauważyła, że na tych nudnych, oficjalnych zabawach rodów czystej krwi, na które zawsze zabierała ją matka, najciekawsza i najmilsza wydawała jej się być zawsze obsługa. Tam działa się magia - na zapleczu, gdzie wszyscy faceci po kolei pluli Kanclerzowi do kawy, a nie w sali balowej, gdzie wszystkich dusiły fałszywe uśmiechy i tańce zbyt idealne, aby dobrze się podczas nich bawić. Nuda. I wieczna obawa, że powiesz coś nie tak, potkniesz się, użyjesz nie tego widelca, co trzeba... Największą skazą na wizerunku takich przyjęć było brak płynących w tym tańcu emocji - natura na niego nie reagowała.
Przesunęli się do przodu o kilka miejsc.
- Pewnie szyłabym i naplawiała wianki. Kiedy byłoby już mniej ludzi, ktoś znajomy przyszedłby i wyciągnął mnie na tańce, a później szukalibyśmy whróżek i elfów, no bo to przecież Litha... chociaż... nie, w tym rhoku nie, bo Isobell pophrosiła wszystkich kapłanów o przyjście do klęgu, kiedy słońce będzie chyliło się ku zachodowi. - Zapomniała o tym zupełnie. Czy w ogóle powinna tam iść? Wszyscy tak głośno powiedzieli „masz dzisiaj wolne”, ale to nie było związane z pracą kowenu, tylko... z czym? Chodziło o jakiś rytuał? Mogłaby zabrać Leviathana ze sobą. - Nie wyjaśniła czemu, więc pewnie wolałabym elfy. W tych okolicach musi być dużo faely, ale nie czuję ich. Może gdyby podejść bliżej drzew? Mmm, ale w klęgu pewnie będą czekały na mnie moje kuzynki - i przyjaciółki - Lola jej kuzynką przecież nie była, chociaż dało się pomylić.
I znowu kilka kroków.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.