29.12.2023, 19:49 ✶
Taki dobry ze mnie chłopak był, że załatwiłem Elce ciekawe zajęcie. Już czułem, że na starcie była przyjęta, a wyszedłem z cyrku i przybyłem do Londynu by odebrać wygraną, której ostatecznie i tak nie dostałem, ale ciekaw byłem, co powie Elka, kiedy się dowie, że tu takie dwie dziewczyny w porządku - bo obstawiałem, że Nora była charakterem i obyciem pokroju Aveliny - gotowe były przyjąć ją do pracy i przyuczyć jeszcze, jeśli zaszłaby potrzeba.
- Nie chciałbym niczego robić za jej plecami, ale jak tylko z nią pomówię, to się śmiało tutaj zgłoszę i umówię. Obstawiam, że się dziewczyna ucieszy, ale może równie dobrze mieć inny plan na siebie, więc... otwieram furtkę, ale czy przez nią przejdzie, to się przekonamy - odparłem lekko, kiwając głową.
Kiwałem też nią, kiedy wspominała o tym jak bardzo przytłoczył ją świat wieloma zmiennymi, kiedy ukończyła szkołę. Nie dziwiłem się jej wcale, nawet ją rozumiałem. Tully poniekąd przyuczał mnie do zarządzania cyrkiem, powoli do tego, stopniowo przygotowywał, ale tak na dobrą sprawę, w rzeczywistości wyglądało to cholernie inaczej, nie tak lekko i stabilnie, jakby się mogło wydawać. Na każdym kroku coś szło nie pomyśli, trzeba było działać, zamiast rozpamiętywać niepowodzenia i tak oto zostałem zarządcą, brutalnie zderzając się z rzeczywistością. Teraz przynajmniej miałem również w Flynna, który odciążał mnie w wielu troskach. Zresztą, jak każdy członek cyrku. Jak też mówiłem, byliśmy rodziną. Trzymaliśmy się razem.
- Świetnie cię rozumiem. Dosyć młodo, zdecydowanie za szybko zostałem zarządcą cyrku... Niestety musiałem pożegnać swojego poprzednika, również go pochować. Był mi jak ojciec - przyznałem z lekką nostalgią, odpływając gdzieś myślami na drobną chwilę. Były tam wspomnienia związane z Tullym, który dał mi dom, który dał mi szansę i nie skreślił mnie ze względu na lęk wysokości, tylko znalazł inne rzeczy, w których mogłem się wykazać. - Ale z czasem człowiek poznaje ten chaos, o którym mówiłaś, i życie staje się znośne, a nawet momentami lekkie - zauważyłem i uśmiechnąłem się delikatnie. Nie chciałem kondolencji, smutnych rozmów o śmierci i o tym, że wszystko miało swój koniec. Pogodziłem się z tym, że Tullyego nie ma, ale na zawsze miałem go mieć w swoim sercu. Jako ojca, który był, który nade mną czuwał. Teraz to ja byłem „ojcem” dla innych i to właśnie postępowaniem Tullyego kierowałem się, kiedy trzeba było działać.
- Świetnie, że próbujesz czegoś nowego, rozwijasz się... Kiedy będziesz miała własną aptekę, chętnie będę robił w niej zakupy - stwierdziłem, tym samym życząc jej powodzenia w tym biznesie. Nie znałem się na warzeniu eliksirów, ale na prowadzeniu działalności już jak najbardziej tak... - Gdybyś potrzebowała pomocy w kwestiach administracyjnych, to służę pomocą. Z reguły wieczory spędzam nad dokumentami - zaśmiałem się, choć ciężko było niekiedy sprostać wymaganiom Ministerstwa Magii, a niekiedy te wymagania bywały naprawdę absurdalne.
- Nie chciałbym niczego robić za jej plecami, ale jak tylko z nią pomówię, to się śmiało tutaj zgłoszę i umówię. Obstawiam, że się dziewczyna ucieszy, ale może równie dobrze mieć inny plan na siebie, więc... otwieram furtkę, ale czy przez nią przejdzie, to się przekonamy - odparłem lekko, kiwając głową.
Kiwałem też nią, kiedy wspominała o tym jak bardzo przytłoczył ją świat wieloma zmiennymi, kiedy ukończyła szkołę. Nie dziwiłem się jej wcale, nawet ją rozumiałem. Tully poniekąd przyuczał mnie do zarządzania cyrkiem, powoli do tego, stopniowo przygotowywał, ale tak na dobrą sprawę, w rzeczywistości wyglądało to cholernie inaczej, nie tak lekko i stabilnie, jakby się mogło wydawać. Na każdym kroku coś szło nie pomyśli, trzeba było działać, zamiast rozpamiętywać niepowodzenia i tak oto zostałem zarządcą, brutalnie zderzając się z rzeczywistością. Teraz przynajmniej miałem również w Flynna, który odciążał mnie w wielu troskach. Zresztą, jak każdy członek cyrku. Jak też mówiłem, byliśmy rodziną. Trzymaliśmy się razem.
- Świetnie cię rozumiem. Dosyć młodo, zdecydowanie za szybko zostałem zarządcą cyrku... Niestety musiałem pożegnać swojego poprzednika, również go pochować. Był mi jak ojciec - przyznałem z lekką nostalgią, odpływając gdzieś myślami na drobną chwilę. Były tam wspomnienia związane z Tullym, który dał mi dom, który dał mi szansę i nie skreślił mnie ze względu na lęk wysokości, tylko znalazł inne rzeczy, w których mogłem się wykazać. - Ale z czasem człowiek poznaje ten chaos, o którym mówiłaś, i życie staje się znośne, a nawet momentami lekkie - zauważyłem i uśmiechnąłem się delikatnie. Nie chciałem kondolencji, smutnych rozmów o śmierci i o tym, że wszystko miało swój koniec. Pogodziłem się z tym, że Tullyego nie ma, ale na zawsze miałem go mieć w swoim sercu. Jako ojca, który był, który nade mną czuwał. Teraz to ja byłem „ojcem” dla innych i to właśnie postępowaniem Tullyego kierowałem się, kiedy trzeba było działać.
- Świetnie, że próbujesz czegoś nowego, rozwijasz się... Kiedy będziesz miała własną aptekę, chętnie będę robił w niej zakupy - stwierdziłem, tym samym życząc jej powodzenia w tym biznesie. Nie znałem się na warzeniu eliksirów, ale na prowadzeniu działalności już jak najbardziej tak... - Gdybyś potrzebowała pomocy w kwestiach administracyjnych, to służę pomocą. Z reguły wieczory spędzam nad dokumentami - zaśmiałem się, choć ciężko było niekiedy sprostać wymaganiom Ministerstwa Magii, a niekiedy te wymagania bywały naprawdę absurdalne.