Gdyby Morpheus mógłby napisać list do siebie w wieku lat siedemnastu, powiedziałby sobie, że w porządku jest widzieć złoczyńcę jako bohatera, ponieważ interpretacja historii należy do nas. Przypomniałby sobie, że ogień parzy, ale zapewnia ciepło. Powiedziałby sobie, że życie nie jest tak długie, jak się wydaje w wieku siedmiu, dziesięciu, a nawet piętnastu lat i że śmierć nie jest definitywnym zakończeniem, tylko końcem. Koniec końców jednak powiedziałby sobie tylko rzeczy, które już wiedział, ponieważ nie chciałby zmieniać tego, kim jest teraz. Może nie lubić każdego rozdziału w swoim życiu, ale napisane słowa ukształtowały jego historię i nawet jeśli nie podoba mu się strona, na której teraz jest, następna może go zachwycić.
— Zdecydowanie to w pani widać, pani Bulstrode, ma pani w sobie dużo dojrzałości, której próżno szukać pośród podobnych metryką. Staram się trzymać tego, co w mojej własnej, jednak moja płeć niestety ma tendencje do zachowań godnych Piotrusia Pana. Czasami miło jest poczuć się młodym, jednakże myślę, że w dobie obecnej sytuacji, wolałbym pozostawić młodość tym, którzy mają ją jeszcze przed sobą. — Wypił do końca herbatę i powstał, gdy zaanonsowała nadejście docelowych osób, z którymi chciał się spotkać Morpheus. Nie zerknął nawet na drobny osad, który osiadł na dnie, celowo go ignorując, co było widoczne w tym, jak machinalnie obrócił filiżankę uszkiem w stronę swojego serca, w pozycji do wieszczenia przyszłości z fusów. Ciało reagujące bez pomocy umysłu, nawyk zastopowany przez całun lęków i wątpliwości. — Mam nadzieję, że bogowie rozsądku i spokoju spojrzą na nas łaskawie w takim razie, jako odbicia tych niektórych, spośród żywych, jak ja czy pani, zwłaszcza pani. Oby nuda na nowo zawitała w korytarzach naszych domostw.
Pożegnał się kurtuazyjnie z kobietą, a jego pożegnanie tchnęło szczerością. Zabrał swoją paczkę, tak starannie pilnowaną przez cały wieczór i skierował się ku korytarzowy, już z przeprosinami za najście na ustach, skierowanymi w stronę mężczyzn. Krótka rozmowa w gabinecie i Longbottom pospiesznie opuścił kamienicę, tym razem z inną paczką za pazuchą. Czasy były niepewne.