Jedna osoba. Pojawiła się jedna osoba w śmiesznym szlafroku i masce i Victoria cały czas rozglądała się za kolejnymi. Wysłanie tu jednej osoby nie miało absolutnie żadnego sensu i ciągle spodziewała się, że to tylko pułapka. Że zaraz pojawią się dwie kolejne osoby zza krzaków – ale nikt nie wychodził. Nie było żadnej dodatkowej drętwoty, czy co gorsza, avady. Nic. Null. Zero. Nada.
Udało jej się w pewien sposób zneutralizować zaklęcie wymierzone w Vincenta, przynajmniej nie pieprznęło z pełną mocną, zaś to, co próbował zrobić Prewett zostało zatrzymane przez tamtego. Victoria już miała ponowić próbę, by wyrwać mu tę pieprzoną różdżkę i przestał robić bałagan, a Duma usłuchał i w pełnym rozbiegu przebierał łapami – już odbijał się od ziemi by skoczyć i powalić intruza… A ten nagle zniknął.
O sekundę za szybko.
I jarczuk musiał zrobić zwinny zwód, by nie zderzyć się z Brenną, która postanowiła zrobić to samo co on, tylko kilka ułamków sekundy szybciej. Zderzenie nie nastąpiło, jarczuk zgrabnie przeturlał się po ziemi i szybko się podniósł, kiedy Brenna zaryła, a chwilę później się przemieniła.
Napastnik zniknął, Victoria biegiem dopadła do tamtego miejsca, rzucając po drodze jeszcze kolejną tarczą, w razie, gdyby coś miało nadlecieć z krzaków…
Ale nic nie leciało. Nikogo tu nie było… Ale wcale nie był o tym przekonana.
– Duma, przeszukaj teren – poleciła jarczukowi, samej obracając się wokół siebie. Naprawdę był tylko jeden? Nikogo więcej? To zdawało jej się niedorzeczne. I szczerze? Naprawdę wolałaby, by to wszystko to była paranoja, a nie fakt.
– Nic ci nie jest? – rzuciła do Longbottom, widząc, jak ta podnosi się, skołowana. Może i była przyzwyczajona do tego, że wiecznie na coś wpada i się obija, ale cholera, nawet ona nie miała aż tak twardej głowy. – Wiem jak mam wykonywać moją pracę, Brenn – dodała jeszcze, bo dzisiaj naprawdę miała wrażenie, że Brennie myliły się zawody, to zresztą Atreus też przyznał, nim jeszcze Laurent nie zniknął z Fuego w kominku. Nie musiała więc słuchać, że trzeba o tym dać znać Harper – wiedziała co robić, zresztą dokładnie takie rozkazy dostała, by tu zostać i pilnować, więc rozumie się samo przez się, że musiała złożyć z tego raport. A patrząc na to, co miało miejsce, to nawet szybciej niż później. Teraz był jeden… Ale trzeba było niestety sprawdzić, czy nie było ich więcej. Czy czegoś nie zrobili. Czy nie zastawili jakiejś pułapki. Może nawet… spróbować go jakoś… namierzyć? To, że się tu pojawił, w tej głupiej szacie… Naprawdę narobi im kupy roboty. Ze złością za pomocą różdżki przywołała upuszczony wcześniej papieros, którego nawet nie zdążyła sobie popalić i zapaliła go raz jeszcze, wypuszczając przy tym kłąb dymu. – Trzeba będzie sprawdzić cały teren… I dać znać Laurentowi, żeby tu na razie nie wracał – nie miała zielonego pojęcia, że w tym czasie nawet nie siedział u Bulstrode’ów. – Vincent… Ty go pierwszy zauważyłeś. Widziałeś skąd szedł?