Nie drążyła tematu przyjaciół Ulka, którzy ulotnili się wraz z jej pojawieniem się. W odpowiedzi posłała mu jedynie delikatny, nieco powątpiewały uśmiech, jakby nieszczególnie wierzyła w jego słowa. A później? Później je uwaga całkowicie skupiła się na czymś innym, jakby kompletnie zapominając o tym, że przed chwilą miała wyrzuty sama do siebie, że pozbawiła Rookwooda towarzystwa, z którym przybył na Lithę. Zdolność skupienia uwagi godna Goldena, nic z na to nie można poradzić.
Stając na palcach, podmieniła wianki. Ostrożnie, co by nie popsuć skrupulatnie ułożonych włosów mężczyzny; znała go już na tyle by wiedzieć, że takie rzeczy potrafią zepsuć mu nastój oraz sprawić, że nie będzie w stanie skupić się na czymkolwiek innym. Dziwactwo? Niekoniecznie. Ot, jedna z cech, na którą trzeba zwracać uwagę. Tak jak jej lubienie malin, te dwie rzeczy stały na tym samym poziomie. Zupełnie odruchowo poprawiła jeden z ciemnych kosmyków, które zmieniły swoje położenie w trakcie zakładania wianka; wyglądało na to, że jej dłoń zdążyła zareagować szybciej od głowy, która najpewniej powstrzymałaby ją przed takimi gestami - Mówiłam, że będzie Ci pasować - dodała, wyraźnie zadowolona z siebie i z tego, że jej teoria się sprawdziła. Uśmiech Ulka, choć raczej nieporadny i tak rzadko goszczący na jego twarzy, zdecydowanie okazał się być zaraźliwy; jej twarz również rozświetlił uśmiech, być może nawet największy na jaki zdołała się zdobyć ostatnimi czasy.
Jej wzrok utkwił się w mężczyźnie, jakby przyswajała to, co właśnie jej powiedział. Musiałaby być głupsza niż była, żeby nie wiedzieć o co mu chodziło. Wzięła głębszy wdech. Dlaczego to mówił? Zwłaszcza, że to on był tą stroną, która urwała kontakt? - Wiesz, że mogłeś mnie wtedy zaprosić, prawda? - zapytała, biorąc głębszy wdech - I wiesz, że bym Ci nie odmówiła - słowa same wypłynęły z jej ust, nie dała rady ich powstrzymać. Silniejsza od niej była również próba odczytania jego aury. Próbowała zrozumieć pewne, zupełnie niezrozumiałe dla niej kwestie. Co sprawiło, że tego felernego lata ich relacja zboczyła z drogi, którą podążała odkąd tylko pamiętała? Jej spojrzenie zatrzymało się na dłoni, tej za którą ciągle go trzymała. Nie spodziewała się dostrzec nici, starała się unikać korzystania z nich od wydarzeń w szpitalu, które sprawiły że zdolnością widzenia powiązań zraniła bliskich sobie ludzi. I dostrzegła coś, czego nigdy, przenigdy nie spodziewała się dostrzec.Róż i czerwień. Ludzie potrafili kłamać, słowami i czynami. Nici nigdy nie kłamały. Zamarła w bezruchu, jakby właśnie przyswajała sobie to, co udało jej się dostrzec. Wydawało jej się. Musiało jej się wydawać. Zamrugała, ponownie zerkając w stronę dłoni przekonana, że jej się przewidziało. Te jednak uparcie nie zmieniały koloru; a nici, które kierowały się z jej strony swoim kolorem właściwie wtapiały się w te, które podążały ze strony Rookwooda.
Jej letarg przerwało pojawienie się szeptuchy; zaskoczona niemal podskoczyła, odruchowo zaciskając dłoń na dłoni Ulyssesa nieco mocniej. W przeciwieństwie do jej przyjaciółki Nory, obecność kobiety nie paraliżowała jej strachem. Wzięła głębszy wdech, przyswajając sobie to, co widziała w płomieniach, kolor nici oraz słowa Szeptuchy. Dlaczego to wszystko tak bardzo składało się w jedną całość, której wcześniej z uporem starała się nie dostrzegać?
- Tak jak wtedy, tuż po Beltane - odezwała się; jej gardło było suche, chyba z nadmiaru emocji. Posłała mu lekki uśmiech -... prawda? - dodała. Powinna powiedzieć to, co powinno zostać wypowiedziane? Wiedział o tym, że ona wie? Czy sabat i tłum ludzi jaki ich otaczał był odpowiednim do tego miejscem? - To... zgarniamy coś do picia? - i ulatniamy się stąd?
beauty and terror
just keep going
no feeling is final