Ring of Kerry. Irlandzki szlak turystyczny. Obraz podobny, do dzieł malowanych, przez matkę. Jedno z niewielu wspomnień, z tych przyjemnych, do których chciało się wracać. W których mogli być z dala od ojca. Richard od niego uwolnił się zaraz po swoim ślubie. Nie musiał oglądać go codziennie. Nie musiał słuchać jego uwag, kazań i poniżania. Szkoda było mu jedynie brata i matki, że musieli znosić tyranię ojca.
Obraz był duży. Przy nim nie było żadnej komody czy coś. Ktokolwiek go malował, miał dużo czasu na jego stworzenie. Obraz najpewniej zaklęty magią. Dzieła jego matki też były wspaniałe. Miała talent, dziedziczony po swojej rodzinie. Przynajmniej jedno z jej dzieł Richard miał u siebie w domu w Norwegii. Jako pamiątkę rodzinną.
Patrząc na tutejsze dzieło, wspominając dawne czasy, coś mu jednak w nim nie pasowało. Nieczęsto bywał w pokoju brata, gdyż nie wchodził bez potrzeby. Podszedł bliżej, jakby chciał dostrzec w nim jakieś szczegóły. Rzucił spojrzenie na śpiącego brata, po czym znów na obraz. Dotknął ramy, spojrzał z boku. Niby wyglądało, jakby chciał coś poprawić, lecz czy to faktycznie był tylko obraz, czy przejście jak te w Hogwarcie? Cofnął rękę. Nie jego własność, nie powinien tam zaglądać. Z drugiej strony, jak ma pomóc bratu, skoro ma on przed nim ciągle tajemnice? Dotknął ponownie ramy, sprawdzając czy to się jakoś otwiera. Czy to potrzebuje hasła? Hasło to zawsze jakieś zabezpieczenie. Jeżeli ten obraz go nie miał... To Robert jest kompletnym idiotą.