Dzień jak ten idealnie nadawał się na krótką wycieczkę. Ruda miała wolne w pracy, postanowiła je wykorzystać. Nie znosiła siedzieć bezczynnie w domu, latanie było dla niej bardzo ważne, więc gdy tylko mogła wsiadała na miotłę i znikała na całe dnie. Odpoczywała w ten sposób. Gdy wzbijała się w powietrze przestawała myśleć o wszystkim. Była tylko ona, ten kij między nogami i wiatr, który plątał jej włosy. Kochała tę wolność, którą nie wszyscy rozumieli, ale nie musieli. Wydawało jej się, że każdy ma coś takiego - swojego, co pozwalało mu na moment się zapomnieć.
Szybowała nad chmurami, całkiem szybko. Dzięki temu utrzymywała ciągle swoją formę, a po Beltane było to dla niej ważne, bo czuła, że była wtedy niewystarczająca, że powinna wymagać od siebie więcej. Realizowała więc ten plan, bardzo dużo ćwiczyła, dbała o swoje ciało, aby kolejny raz jej nie zawiodło. Przynosiło to oczekiwane skutki, bo nie odczuwała już prawie wcale bólu po urazie, który odniosła.
Frunęła przed siebie, nie zastanawiając się, gdzie ją miotła poniesie. Nie musiała się nigdzie spieszyć. Dotarła nad morze, gdzie wiatr był silniejszy, i nieco zimniejszy, co było całkiem przyjemne, bo słońce mocno dzisiaj prażyło.
Postanowiła na moment wylądować, aby móc nacieszyć się pięknym widokiem. Szczególnie, że miejsce wydawało się być opuszczone, co dla Wood czyniło je bardziej atrakcyjnym.
Oparła miotłę o jedną ze skał, a sama się na nią wdrapała. Widok zapierał dech w piersiach, mimo, że Ruda nie należała raczej do estetów. Potrafiła jednak docenić piękno Matki Natury. Do jej uszu dotarła piękna pieśń, zupełnie znienacka. Miała wrażenie, że słońce jej przygrzało, że za bardzo odpłynęła, bo jakim cudem szum fal zamienił się w taką cudowną melodię?
Czyżby ktoś mącił jej w głowie? Słyszała opowieści o syrenach, Charlie opowiadał jej o spotkaniu z tą istotą, postanowiła znaleźć się bliżej wody, sama nie wiedziała dlaczego, ale chciała to zrobić. Nie zastanawiała się zbyt długo, tylko zeskoczyła ze skały i ruszyła przed siebie.