04.01.2024, 03:18 ✶
Współpraca między poszczególnymi departamentami Ministerstwa Magii była potrzebna. Nie była jednak idealna. Macmillan widział korzyści takiej relacji, jednak miał też świadomość, że poszczególne biura miały inne tryby pracy. I chociaż wszyscy siedzieli przy takich samych biurkach, sygnując swoje raporty tymi samymi pieczątkami, tak praca dla, chociażby Departamentu Magicznych Gier i Sportów a Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów była dosyć odmienna. Wydziały przyciągały różne osobowości, a gdy się ze sobą ścierały... Cóż, zawsze ktoś kończył na gorszej pozycji.
— Naprawdę? Nie wiedziałem, że rozszerzyliście działalność. — głos Sebastiana zdradzał spokój, chociaż był nieco chropawy. Zmrużył oczy, obawiając się, że Auror próbuje zabawić się jego kosztem. — Ciekawy kierunek. Szybciej bym was widział jako bodyguardów sędziów Wizengamotu albo straży przybocznej Ministra Magii. To jest, gdybyście musieli się częściowo przekwalifikować. — Uśmiechnął się cierpko. — Chociaż ochroniarze chyba nie dostają zbyt dobrych napiwków. A za taką pomoc wypadałoby się odwdzięczyć.
Wskazał ruchem brody na walizki. Chyba powinien zaproponować jakieś piwo. A może obiad w knajpie? To chyba był całkiem niezły pomysł, żeby zacieśnić znajomość, zanim przejdą do tych wszystkich spraw zawodowych, które wisiały nad ich głowami. Tak się zachowywali normalni ludzie, pragnący nawiązać pozytywną relację z drugim człowiekiem, czyż nie? Sebastian oblał się rumieńcem. Ledwo wyściubił nos poza swoją strefę komfortu zwykłą sugestią, a już miał wrażenie, że plan spalił na panewce.
— Znamy...? — Otworzył usta, jednak po chwili znowu je zamknął. Nie wiedział, jak ma zareagować. Co rusz zerkał dyskretnie na twarz Alastora, próbując ją dopasować do jakiegoś miejsca. Odchrząknął znacząco, próbując wykrzesać z siebie strzępy pewności siebie: Nie chciał przyznawać się do tego, że nie pamięta, skąd mogą się kojarzyć. — Zawsze można się poznać bardziej dogłębnie. Skoro jest okazja.
Słuchał uważnie tego, co mówił, Moody, chociaż przywiązywał równie dużą uwagę do jego słów, jak i do tego, co się działo wokół nich. Nie mógł się oprzeć uczuciu podziwu. Zafascynowało go to, jak Auror poruszał się w tłumie, zupełnie tak jakby się z nim zespoił, a przy tym wciąż był w stanie wywrzeć na nim swój własny wpływ. Przechodnie ustępowali Alastorowi z drogi, zerkając jedynie ze zdziwieniem na podążającego za nim Sebastiana. Ksiądz z eskortą to chyba był rzadki widok. Huh, może ten pomysł z bodyguardami jednak nie był taki irracjonalny.
— Nie możesz po prostu powiedzieć? Kult ma wiele tradycji, ciężko tak zgadywać w ciemno. — Wzruszył sztywno ramionami, unosząc spojrzenie ku niebu. Wypuścił głośno powietrze z ust. — Stare zaklęcia ograniczające liczbę gości? Pętla czasu? Widzimisię zjawy, która daje się we znaki w równych odstępach czasu? Coś opartego na datach zbliżonych do terminów sabatów? Fazy księżyca? — Zasypywał Alastora swoimi domysłami, powstrzymując się jednak przed tym, aby nie uraczyć go całym monologiem, który wyjaśniłby, czemu doszukiwał się akurat takich warunków w działaniu nawiedzonego domu. — Tylko nie mów, że drzwi do posiadłości otwierają się, gdy goście śpiewają gospel pochwalny do Matki Natury przeznaczony na konkretny dzień.
Oczy Sebastiana zabłyszczały z naiwnością, jakby jakaś cząstka jego jestestwa faktycznie wierzyła, że zażegnanie całego ambarasu mogło okazać się takie proste. A byłoby to nad wyraz przedziwne zrządzenie losu – zwłaszcza że zabrał ze sobą swój modlitewnik. A intonować to on potrafił i podczas obrządków podśpiewywał dosyć gorliwie. Pierwszy raz jednak miałby do czynienia z duchem, który podporządkował się konkretnej pieśni.
— Tylko zaginęli, czy dowiedziałeś się czegoś jeszcze? — Wolał działać na faktach, niż częściowych poszlakach. Czy trop po prostu urywał się w okolicy domu? Czy znaleziono jakieś ślady, które mogły wskazać na los poszukiwanych.
— Naprawdę? Nie wiedziałem, że rozszerzyliście działalność. — głos Sebastiana zdradzał spokój, chociaż był nieco chropawy. Zmrużył oczy, obawiając się, że Auror próbuje zabawić się jego kosztem. — Ciekawy kierunek. Szybciej bym was widział jako bodyguardów sędziów Wizengamotu albo straży przybocznej Ministra Magii. To jest, gdybyście musieli się częściowo przekwalifikować. — Uśmiechnął się cierpko. — Chociaż ochroniarze chyba nie dostają zbyt dobrych napiwków. A za taką pomoc wypadałoby się odwdzięczyć.
Wskazał ruchem brody na walizki. Chyba powinien zaproponować jakieś piwo. A może obiad w knajpie? To chyba był całkiem niezły pomysł, żeby zacieśnić znajomość, zanim przejdą do tych wszystkich spraw zawodowych, które wisiały nad ich głowami. Tak się zachowywali normalni ludzie, pragnący nawiązać pozytywną relację z drugim człowiekiem, czyż nie? Sebastian oblał się rumieńcem. Ledwo wyściubił nos poza swoją strefę komfortu zwykłą sugestią, a już miał wrażenie, że plan spalił na panewce.
— Znamy...? — Otworzył usta, jednak po chwili znowu je zamknął. Nie wiedział, jak ma zareagować. Co rusz zerkał dyskretnie na twarz Alastora, próbując ją dopasować do jakiegoś miejsca. Odchrząknął znacząco, próbując wykrzesać z siebie strzępy pewności siebie: Nie chciał przyznawać się do tego, że nie pamięta, skąd mogą się kojarzyć. — Zawsze można się poznać bardziej dogłębnie. Skoro jest okazja.
Słuchał uważnie tego, co mówił, Moody, chociaż przywiązywał równie dużą uwagę do jego słów, jak i do tego, co się działo wokół nich. Nie mógł się oprzeć uczuciu podziwu. Zafascynowało go to, jak Auror poruszał się w tłumie, zupełnie tak jakby się z nim zespoił, a przy tym wciąż był w stanie wywrzeć na nim swój własny wpływ. Przechodnie ustępowali Alastorowi z drogi, zerkając jedynie ze zdziwieniem na podążającego za nim Sebastiana. Ksiądz z eskortą to chyba był rzadki widok. Huh, może ten pomysł z bodyguardami jednak nie był taki irracjonalny.
— Nie możesz po prostu powiedzieć? Kult ma wiele tradycji, ciężko tak zgadywać w ciemno. — Wzruszył sztywno ramionami, unosząc spojrzenie ku niebu. Wypuścił głośno powietrze z ust. — Stare zaklęcia ograniczające liczbę gości? Pętla czasu? Widzimisię zjawy, która daje się we znaki w równych odstępach czasu? Coś opartego na datach zbliżonych do terminów sabatów? Fazy księżyca? — Zasypywał Alastora swoimi domysłami, powstrzymując się jednak przed tym, aby nie uraczyć go całym monologiem, który wyjaśniłby, czemu doszukiwał się akurat takich warunków w działaniu nawiedzonego domu. — Tylko nie mów, że drzwi do posiadłości otwierają się, gdy goście śpiewają gospel pochwalny do Matki Natury przeznaczony na konkretny dzień.
Oczy Sebastiana zabłyszczały z naiwnością, jakby jakaś cząstka jego jestestwa faktycznie wierzyła, że zażegnanie całego ambarasu mogło okazać się takie proste. A byłoby to nad wyraz przedziwne zrządzenie losu – zwłaszcza że zabrał ze sobą swój modlitewnik. A intonować to on potrafił i podczas obrządków podśpiewywał dosyć gorliwie. Pierwszy raz jednak miałby do czynienia z duchem, który podporządkował się konkretnej pieśni.
— Tylko zaginęli, czy dowiedziałeś się czegoś jeszcze? — Wolał działać na faktach, niż częściowych poszlakach. Czy trop po prostu urywał się w okolicy domu? Czy znaleziono jakieś ślady, które mogły wskazać na los poszukiwanych.