04.01.2024, 21:27 ✶
Kontrolowanie emocji było kluczem do sukcesu w dziedzinie tak kruchej, jaką była nekromancja i manipulowanie siłami witalnymi. Nie od dziś wiadomo, że wszystko to, co przeżywał człowiek, rzutowało na magię, którą się posługiwał i efekty czarów, które rzucał. Musiała być doskonałą aktorką lub całkiem nieświadomie kontrolowała siebie samą za pomocą opanowanej przez siebie sztuki. Bo samo przyjście tutaj, rozmowa z nim i właściwie poruszanie tematu sabatu było dla niej trudniejsze, niż jakakolwiek procedura związana z wnikaniem w źródło lub energie drugiego człowieka. Opanowanie sprawiało, że miała to złudne poczucie kontroli, które uniemożliwiało jej utratę gruntu pod stopami. Błękitne tęczówki z pewnością zdradzały mu więcej, niż mimika twarzy czy gesty, nawet jeśli część swojej koncentracji i uwagi poświęcała temu, aby nie mógł z niej czytać. Znał ją lepiej niż większość ludzi, co przyznawała niechętnie. I nie było to kwestia braku zaufania, bo tego do młodego Śmierciożercy jej nie brakowało, odkąd los w kapryśny i drwiący sposób splótł ich ze sobą, wbrew wszystkiemu, co Cynthii wydawało się rozsądne. Dostrzegała te drobne zmiany w jego zachowaniu w ciągu ostatnich lat, jak stopniowo wpuszczał ją do swojego zamkniętego świata i pokazywał jego wnętrze, pełne kształtów i kolorów, o które go nie podejrzewała. Widziała najpewniej więcej, niż on pierwotnie zakładał, że będzie w stanie zauważyć i pewnie to przechyliło szale ku temu, że i ona pozwalała mu na więcej, pokazywała więcej tego, co kryło się pod zimnym i szczelnym murem, który miał jej zapewnić bezpieczeństwo i koncentrację w dotarciu do celu.
Nie zastanawiała się jednak nad tym, czym właściwie były czerwone nici, które oplotły ciasno ich nadgarstki, nie chciała przypisywać temu nazwy i zamykać w schematach narzuconych przez społeczeństwo. Byli z innych światów, innej gliny, czekała ich inna przyszłość. Nie chciała przyznać nawet przed sobą, że być może wianek stanowił tylko wygodną wymówkę i iskrę do tego, co podsycał sabat. Do tego, w co czarnowłosy zdawał się wierzyć. Wyprostowała plecy, powstrzymując ciche westchnienie. Jej palce tkwiły instynktownie zaciśnięte na materiale zwianej sukienki, która leniwie oplatała jej drobne i blade ciało. Miała wrażenie, że w jej głowie próbują zderzyć się ze sobą dwa światy, niesione przez zupełnie inne wiatry i wytrącić ją z tego, co wypracowała sobie tak starannie przez wiele lat. Miał w sobie tyle mroku, gdy lustrowała jego twarz wzrokiem, kolejny raz przemykając po onyksowych tęczówkach i ciemnych rzęsach, które rzucały cienie na jego blade od chłodu policzki. Miał szczupłą twarz o wyraźnych rysach, które bardzo dosadnie przedstawiały targające nim emocje, gdy przestawał nad nimi panować. Patrzył na nią w sposób, którego ona nie umiała zrozumieć i odczytać, do którego nie była przyzwyczajona i sprawiał, że coś subtelnie drżało w jej wnętrzu. Niczym zdarzenie ciemnego płomienia z szarobłękitnym chłodem.
Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć, najzwyczajniej w świecie, gdy w jednej, przerywanej wypowiedzi połączył słowo "zaręczyny" razem z "ojciec się trochę wkurzy". Dostała wewnętrznego ataku paniki, który rozlał się żarem od jej piersi aż po palce zastygłe w bezruchu, drażniąc wypełnione tlenem płuca. I sam Merlin, sam Salazar jej świadkiem, że gdyby nie szybka reakcja obronna umysłu i odrobina czarów, blade lico rozjaśniłby rumieniec tak wielki, że nie miałaby absolutnie żadnej wymówki. Nie mogła dać mu takiej przewagi, nie umiałaby. Poleganie na kimś, wylewność, jakiekolwiek szczere oznaki tego, co mogło faktycznie jej przejść po głowie — były dla jej głowy sygnałem zrezygnowania z niezależności. Kochała niezależność i kontrolę. I pamiętała swojego ostatniego i jedynego narzeczonego, od którego pierścionek — z onyksem zresztą, tkwił zamknięty w jej szkatułce. Nawet jeśli Edward już długo nie był wśród żywych, jego obraz tworzył piętno na słowie "zaręczyny" na tyle silne, że unikała tak wielkich słów, zobowiązań, jak tylko mogła. Zwilżyła wargi, posyłając mu jednak krótki uśmiech, chcąc zareagować w jakikolwiek sposób.- A jesteś w stanie zrezygnować z tego, czego od Ciebie wymagają i co Ci narzucili ludzie, których tak szanujesz Lou? - zapytała w końcu dość miękko, ale też z nutą niedowierzania. Owszem, łamał zasady i był swoistym rebeliantem, ale pewne rzeczy były święte. I była przekonana, że ową świętością jest też rodzina.
Oczywiście, że wiedziała pomimo tego, że jej ojciec tego nie chciał. Nie chciał jej wplątywać w sprawę tak kruchą, niepewną i niebezpieczną, bo nie mógł już chronić Castiela, który ze wszystkiego zrezygnował. Chronił więc Cynthie na swój pokrętny sposób, naiwnie wierząc w to, co mu pokazywała. Usłyszenie tego jednak od niego sprawiło, że nieprzyjemny uścisk na chwilę zacisnął się na prawej stronie, a wszystkie scenariusze związane z tym, co mogło spotkać jej ojca, przemknęły jej przed oczami. Natrętne, intensywne, ale krótkotrwałe.
- Oczywiście, że jest. - zaczęła beznamiętnie, podnosząc się z kanapy. Wyprostowała dłońmi materiał sukienki, odruchowo pozbywając się zagnieceń i ruchem głowy zgarnęła srebrne pasma na plecy, krzyżując ręce na piersiach. Przeszła kilka kroków, zbliżając się do kominka. Musiała odetchnąć, poczuć przestrzeń i chłód. Lou umiał sprawić, że głupia. Jego zapach i spojrzenie atakowały jej rozsądek, spokój. - Gdy rozpoczęliście.. Działania na Beltaine, pojawił się znikąd pomiędzy drzewami i mnie zabrał, komentując tylko, że teraz nie powinnam tu być. To nie miejsce dla damy. Te jego wyjścia, przedłużone pobyty w portach, nie jestem głupia, o czym on na szczęście nie wie. - dodała, wzruszając delikatnie ramionami. Jej ojciec miał swoje talenty, był doskonałym dyplomatom, żeglarzem czy handlarzem, ale wojownik czy rewolucjonista był z niego marny. Dawno stracił swoją iskrę, gdy zapał, jak zmarła jej matka. Co ona by na to powiedziała? Przymknęła na chwilę oczy. Nie czas na to.
Wychodziło na to, że jemu ta rozmowa i zadawanie pytań wychodziło znacznie lepiej, niż jej. Milczała chwilę, rozluźniając ręce, palcem przesuwając po swojej szyi, hacząc o zawieszony na niej łańcuszek, cienką żyłkę ze srebra. Oh, doskonale wiedziała, że nie spodoba mu się to, co usłyszy — instynktownie, jakby znała go na wylot. Kobieta odwróciła się przodem do niego, bez cienia strachu czy nieśmiałości, bo chociaż wygląd sugerował coś zupełnie innego, ona nie była tego typu dziewczyną. - Tak. - zaczęła wciąż spokojnie, przyglądając się jego twarzy i ewentualnym zmianom, które na niej mogły się pojawić. Nim jednak mógł zareagować, znalazła się przed nim, pochylając nad kanapą i spoglądając na niego, przyłożyła mu palec do ust. - I nie masz prawa być na mnie o to zły. Wiesz przecież o tym. - przerwała na chwilę, przesuwając palcem po dolnej wardze, westchnęła. Wiedziała, że nie lubił, gdy ktoś poza nim kontrolował sytuację, ale nie patrzyła na niego z góry. To był zupełnie inny wzrok, pozbawione wyższości, czegokolwiek negatywnego. - Jesteś doprawdy, chaosem. - szepnęła tylko, przygryzając swoje usta na kilka sekund, jakby tocząc kolejną z dzisiejszych walk samej ze sobą, wędrowała spojrzeniem pomiędzy ciemnymi oczami, a jego ustami. Chciała go pocałować, ale czy to cokolwiek zmieni i ułatwi? A jednak nim się spostrzegła, trzymała jego twarz w dłoniach dość pewnie i mocno, a jednocześnie tak delikatnie, jakby był jedynie lodową rzeźbą. Jej ciepły oddech omiótł wilgotne od alkoholu usta mężczyzny, aby następnie na kilka sekund sama mogła poczuć ich smak, zaskoczona własną słabością. - Powinnam już iść. - brzmiała, jakby zrobiła najbardziej niewłaściwą rzecz na świecie, sama tym zaskoczona, gdy kolejne słowa uciekły spomiędzy jej warg, a ona rozluźniła dłonie, puszczając jego twarz i chcąc się wyprostować.
Nie zastanawiała się jednak nad tym, czym właściwie były czerwone nici, które oplotły ciasno ich nadgarstki, nie chciała przypisywać temu nazwy i zamykać w schematach narzuconych przez społeczeństwo. Byli z innych światów, innej gliny, czekała ich inna przyszłość. Nie chciała przyznać nawet przed sobą, że być może wianek stanowił tylko wygodną wymówkę i iskrę do tego, co podsycał sabat. Do tego, w co czarnowłosy zdawał się wierzyć. Wyprostowała plecy, powstrzymując ciche westchnienie. Jej palce tkwiły instynktownie zaciśnięte na materiale zwianej sukienki, która leniwie oplatała jej drobne i blade ciało. Miała wrażenie, że w jej głowie próbują zderzyć się ze sobą dwa światy, niesione przez zupełnie inne wiatry i wytrącić ją z tego, co wypracowała sobie tak starannie przez wiele lat. Miał w sobie tyle mroku, gdy lustrowała jego twarz wzrokiem, kolejny raz przemykając po onyksowych tęczówkach i ciemnych rzęsach, które rzucały cienie na jego blade od chłodu policzki. Miał szczupłą twarz o wyraźnych rysach, które bardzo dosadnie przedstawiały targające nim emocje, gdy przestawał nad nimi panować. Patrzył na nią w sposób, którego ona nie umiała zrozumieć i odczytać, do którego nie była przyzwyczajona i sprawiał, że coś subtelnie drżało w jej wnętrzu. Niczym zdarzenie ciemnego płomienia z szarobłękitnym chłodem.
Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć, najzwyczajniej w świecie, gdy w jednej, przerywanej wypowiedzi połączył słowo "zaręczyny" razem z "ojciec się trochę wkurzy". Dostała wewnętrznego ataku paniki, który rozlał się żarem od jej piersi aż po palce zastygłe w bezruchu, drażniąc wypełnione tlenem płuca. I sam Merlin, sam Salazar jej świadkiem, że gdyby nie szybka reakcja obronna umysłu i odrobina czarów, blade lico rozjaśniłby rumieniec tak wielki, że nie miałaby absolutnie żadnej wymówki. Nie mogła dać mu takiej przewagi, nie umiałaby. Poleganie na kimś, wylewność, jakiekolwiek szczere oznaki tego, co mogło faktycznie jej przejść po głowie — były dla jej głowy sygnałem zrezygnowania z niezależności. Kochała niezależność i kontrolę. I pamiętała swojego ostatniego i jedynego narzeczonego, od którego pierścionek — z onyksem zresztą, tkwił zamknięty w jej szkatułce. Nawet jeśli Edward już długo nie był wśród żywych, jego obraz tworzył piętno na słowie "zaręczyny" na tyle silne, że unikała tak wielkich słów, zobowiązań, jak tylko mogła. Zwilżyła wargi, posyłając mu jednak krótki uśmiech, chcąc zareagować w jakikolwiek sposób.- A jesteś w stanie zrezygnować z tego, czego od Ciebie wymagają i co Ci narzucili ludzie, których tak szanujesz Lou? - zapytała w końcu dość miękko, ale też z nutą niedowierzania. Owszem, łamał zasady i był swoistym rebeliantem, ale pewne rzeczy były święte. I była przekonana, że ową świętością jest też rodzina.
Oczywiście, że wiedziała pomimo tego, że jej ojciec tego nie chciał. Nie chciał jej wplątywać w sprawę tak kruchą, niepewną i niebezpieczną, bo nie mógł już chronić Castiela, który ze wszystkiego zrezygnował. Chronił więc Cynthie na swój pokrętny sposób, naiwnie wierząc w to, co mu pokazywała. Usłyszenie tego jednak od niego sprawiło, że nieprzyjemny uścisk na chwilę zacisnął się na prawej stronie, a wszystkie scenariusze związane z tym, co mogło spotkać jej ojca, przemknęły jej przed oczami. Natrętne, intensywne, ale krótkotrwałe.
- Oczywiście, że jest. - zaczęła beznamiętnie, podnosząc się z kanapy. Wyprostowała dłońmi materiał sukienki, odruchowo pozbywając się zagnieceń i ruchem głowy zgarnęła srebrne pasma na plecy, krzyżując ręce na piersiach. Przeszła kilka kroków, zbliżając się do kominka. Musiała odetchnąć, poczuć przestrzeń i chłód. Lou umiał sprawić, że głupia. Jego zapach i spojrzenie atakowały jej rozsądek, spokój. - Gdy rozpoczęliście.. Działania na Beltaine, pojawił się znikąd pomiędzy drzewami i mnie zabrał, komentując tylko, że teraz nie powinnam tu być. To nie miejsce dla damy. Te jego wyjścia, przedłużone pobyty w portach, nie jestem głupia, o czym on na szczęście nie wie. - dodała, wzruszając delikatnie ramionami. Jej ojciec miał swoje talenty, był doskonałym dyplomatom, żeglarzem czy handlarzem, ale wojownik czy rewolucjonista był z niego marny. Dawno stracił swoją iskrę, gdy zapał, jak zmarła jej matka. Co ona by na to powiedziała? Przymknęła na chwilę oczy. Nie czas na to.
Wychodziło na to, że jemu ta rozmowa i zadawanie pytań wychodziło znacznie lepiej, niż jej. Milczała chwilę, rozluźniając ręce, palcem przesuwając po swojej szyi, hacząc o zawieszony na niej łańcuszek, cienką żyłkę ze srebra. Oh, doskonale wiedziała, że nie spodoba mu się to, co usłyszy — instynktownie, jakby znała go na wylot. Kobieta odwróciła się przodem do niego, bez cienia strachu czy nieśmiałości, bo chociaż wygląd sugerował coś zupełnie innego, ona nie była tego typu dziewczyną. - Tak. - zaczęła wciąż spokojnie, przyglądając się jego twarzy i ewentualnym zmianom, które na niej mogły się pojawić. Nim jednak mógł zareagować, znalazła się przed nim, pochylając nad kanapą i spoglądając na niego, przyłożyła mu palec do ust. - I nie masz prawa być na mnie o to zły. Wiesz przecież o tym. - przerwała na chwilę, przesuwając palcem po dolnej wardze, westchnęła. Wiedziała, że nie lubił, gdy ktoś poza nim kontrolował sytuację, ale nie patrzyła na niego z góry. To był zupełnie inny wzrok, pozbawione wyższości, czegokolwiek negatywnego. - Jesteś doprawdy, chaosem. - szepnęła tylko, przygryzając swoje usta na kilka sekund, jakby tocząc kolejną z dzisiejszych walk samej ze sobą, wędrowała spojrzeniem pomiędzy ciemnymi oczami, a jego ustami. Chciała go pocałować, ale czy to cokolwiek zmieni i ułatwi? A jednak nim się spostrzegła, trzymała jego twarz w dłoniach dość pewnie i mocno, a jednocześnie tak delikatnie, jakby był jedynie lodową rzeźbą. Jej ciepły oddech omiótł wilgotne od alkoholu usta mężczyzny, aby następnie na kilka sekund sama mogła poczuć ich smak, zaskoczona własną słabością. - Powinnam już iść. - brzmiała, jakby zrobiła najbardziej niewłaściwą rzecz na świecie, sama tym zaskoczona, gdy kolejne słowa uciekły spomiędzy jej warg, a ona rozluźniła dłonie, puszczając jego twarz i chcąc się wyprostować.