Dziwne, żeby za granicą wiedzieli na ten temat więcej, skoro nie mieli tam takich ewenementów, jakimi byli Zimni. Mieli tylko tyle i tylko to, co zostało im dostarczone pod nos. Czyli jedną Mavelle, która się podstawiła podczas wyprawy z Brenną. Słuchał tego, co mówiła, odsuwając się w końcu od niej, żeby przejść przez pokój. Spojrzeć na ten jakże sielankowy obraz, który zawiesili przed chwilą. Kiedy zamierzała mu powiedzieć? I kiedy się dowiedziała? W sumie - nieistotne. Powiedziała to teraz, w porządku. Dobrze, że w ogóle coś z siebie wykrztusiła. Albo właśnie nie? Może właśnie niedobrze? Sam nie wiedział. Victoria głupia nie była, wręcz przeciwnie. Przecież nie rozłoży rąk i nie położy się na łóżku z tego wszystkiego. Leżeć, leżeć i jeszcze raz leżeć. W nieskończoność. W chujowym samopoczuciu, że sobie zdechniesz. Tak po prostu. I mieszkając samemu może znajdą cię po jakimś czasie sąsiedzi, kiedy im za bardzo będzie śmierdzieć przed drzwiami. Lub jakaś randomowa Brenna wypadnie z kominka, albo taki Rookwood się napatoczy. Fakt, nie wiadomo, czego mieli próbować? To był na pewno "fakt"? Przecież to było oczywiste.
- Jak to - czego próbować. Wymiany energii. Albo odzyskania energii, którą zostawiliście. Jakiś spiritysta powinien coś na ten temat wiedzieć, nie? - Jak to w sumie działało z tymi duchami? Kurwa, może Staszek by pomógł? Nie jako spirytysta - jako nekromanta. Musiałby wtedy przyznać, jak bardzo ufa Stanleyowi... ach, no dobra, chuj. Niech mu będzie. Ufał mu nad życie! Chociaż pewnie nawet nie musiał tego w głos mówić. - O, widzisz. Zajebisty pomysł Zrób tak. - Poparł ten wyjazd do Afryki, pokazując na Victorię palcem, jakby ta właśnie powiedziała coś absolutnie genialnego. Sauriel się "rozbudził". Obudził. Ciężko to było określić słowem. Dostał bodziec, który znowu go połączył z tym nędznym padołem. I nie chciał o tym słuchać, ale nie chciał nie słuchać. Nie chciał nie wiedzieć i nie chciał... chuja w sumie chyba mógł zrobić. Za grosz nie ufał praktykom wyrwanym z Nokturna. Cokolwiek tam było potrzebne - wiedziała lepiej. A skoro wiedziała lepiej to wiedziała, czego szukać. A to wcale nie czyniła tego rozdania takim felernym. Nie trzeba było przecież od razu panikować, że to już śmierć i koniec świata... Jakby to optymiści tego świata powiedzieli: Bóg rzuca ci kłody pod nogi, żebyś... jak to leciało? A, pierdolić, nie pamiętał.
- Dobrze, już... już przestań. Przestań, Różyczko. - Złapał jej twarz w swoje dłonie i przeciągnął palcami po jej kościach policzkowych. Chociaż chyba nie powinien. Nie powinien tej kobiecie insynuować jakiś nadziei czy... cokolwiek takiego. Sam nie wiedział. Cofnął swoje ręce. - Nic nie jest stracone, więc nie masz mnie za co przepraszać. Tyle. - Sauriel był mistrzem przed nieprzyjmowaniem niektórych wiadomości do łba i upartym, zakutym trzymaniu się tej wersji, która mu odpowiadała. Tutaj wcale nie było inaczej, ale może to nawet dobrze? Był tak pewny w tym, co mówił i tak niewzruszony tym czarnowidzeniem, że mogłoby się uczepić tej pewności i samemu z niej coś wyciągnąć dla siebie. - Więc dawaj, rozpakowujemy cię dalej, a potem idziemy na, nie wiem, kurwa... krewetki. Jadłaś kiedyś krewetki? Kurwa, obrzydliwe. To może na coś innego...
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.