06.01.2024, 04:57 ✶
— Umbriel Degenhardt? Ten... — zapytała Alexa, który z niespodziewanym refleksem zahartowanego w konspiracyjnych bojach szpiega, przyłożył jej grubego, jak na jej własne gabaryty, palucha do ust. Wywróciła oczyma, w duchu przyznając, iż jej echujący na cały korytarz Ministerstwa, głos, nie był wystarczająco subtelny do prowadzenia tego typu konwersacji, i chociaż oboje byli skończonymi kretynami, to stosując zamienny system ostatniej szarej komórki, udawało im się do tej pory jakoś przetrwać bez zamknięcia w Azkabanie i soczystej Avady w plecy.
— A to gagadek — zaśmiała się chwilę później, już w ciasno zamkniętej windzie — a tak pięknie grał... nie podejrzewałabym wrażliwego muzyka o takich rozmarzonych błękitnych oczach, o podobne... straszne, straszne rzeczy. Kto wie— uśmiechnęła się pod nosem — może nasze drogi kiedyś się przetną.
— Usiądziesz w końcu na tyłku? — fuknęła spod zmiętego, różowego magazynu plotkarskiego, na okładce którego okazała się ruchoma postać ciemnowłosej malarki, podejrzanie wręcz podobna do Loretty Lestrange.
POD LUPĄ: CZY ARTYSTKI SĄ BARDZIEJ ROZWIĄZŁE i WYUAZDANE?
Ofuknięty Donald zatrzymał się w pół drogi z pokoju i już zmierzał ku niej z zaciśniętą piąstką, łypając spojrzeniem zrodzonym z burzy, gdy Diana zasłoniwszy się odruchowo gazetką, wyjękała pojednawcze:
— To do Alexa przecież, uspokój się — mrugnęła do szwagra, który siedział na przeciwko niej, na bliźniaczym tapczanie i apatycznie wpatrywał się w ścianę. Nie do końca zareagował na jej oskarżenia, ale na Donalda zasłaniającego mu obraz pustej ściany, już tak.
Zmrużył gniewnie oczy.
OKIEM EKSPERTA: NAJŁADNIEJSZE PŁASZCZE TEJ WIOSNY - JAK ZWRÓCIĆ JEGO UWAGĘ
— Pierdolone lenie z was. Jakoś udało wam się zapracować na znak. Wiecie, że macie mu dużo więcej do udowodnienia, prawda?
Rzuciłby czymś w zarówno jego i nią, ale niczego oprócz kapcia z puszkiem doklejonym na czubku, pod ręką nie miał. Biedny Donald.
Żadne z nich nie odpowiedziało niczym na jego słowa; wymienili jedynie spojrzenia, niechętne, niespieszne, buźki zajęte grymasem zniesmaczenia. Niechęci.
Strachu?
Jeszcze nie świtało.
Żyły ukryte pod pergaminem skóry uwypukliły się wstęgami zarazy, przygaszone spojrzenie nabrało świecistego blasku, płomienia, za którym tak goniła. Jej źrenice, wyglądające jak dwie szpilki, zwrócone ostrzem w stronę rozmówcy, nagle przemieniły się w bezkresną otchłań pożerającą wszystko co dobre i złe.
Była gotowa.
—Śmierdzi tu — zajęczała, zjawiwszy się już na Nokturnie; osowiała i ewidentnie smutna, że buciki, które specjalnie założyła na tę okazję, schowane były pod paskudnym płaszczem, który zakrywał wszystko, co powinien. Czarne, długie płaszcze z głębokim kapturem po założeniu wydawały się okalać wszystkich Śmierciożerców dymem i zarówno ona jak i Alex nie mieli być wyjątkami. Ich zadaniem było ukrycie sylwetek śmieciojadów, a także mylenie postronnych osób, nawet w kwestiach tak szczegółowych jak model chodu, gestykulacja. Głos.
W tej postaci Alex nie wydawał się już być gigantem, był człowiekiem takim samym jak ona, zupełnie zwyczajnym, bezosobowym. Ktokolwiek skonstruował ich stroje, doskonale wiedział do jakich intencji jego dzieło będzie eksploatowane. Do tych najgorszych.
Diana żałowała, iż nie pojawił się z nimi Donald, po części podejrzewając, iż facetowi tak naprawdę nie chciało się siać chaosu w imieniu Czarnego Pana i jego obecność w szeregach takiego złola, była niczym innym jak kolejną wizerunkową zagrywką. Moi fajni koledzy dołączyli, to czemu ja również miałbym nie dołączyć? Kurwa, a teraz to ona musiała zrywać się o świcie z łóżka i torturować szlamy. Nie żeby nie sprawiało jej to jakiejś sadystycznej przyjemności, ale osłonięta brzydkim płaszczem, w brzydkiej dzielnicy i o brzydkiej porze dnia, trochę traciła zapał do całego przedsięwzięcia.
— Wolę kiedy nie uciekają — rzuciła w eter, gdy ich cel ruszył w bezzwłoczną ucieczkę, tak jak każdy zdrowy na umyśle człowiek by postąpił. I to żmudne, paskudnie irytujące dreptanie... które nagle przerwał melodyjny gwizd.
Otwarta klapa. Piwnica. Kłódka? Brak.
Och, i piękny pianista, Briel Degenhardt, u stóp którego ta kłódka jednak leżała...
— A to gagadek — zaśmiała się chwilę później, już w ciasno zamkniętej windzie — a tak pięknie grał... nie podejrzewałabym wrażliwego muzyka o takich rozmarzonych błękitnych oczach, o podobne... straszne, straszne rzeczy. Kto wie— uśmiechnęła się pod nosem — może nasze drogi kiedyś się przetną.
***
Rozłożona na tapczanie niczym osmańska konkubina, łypała wzrokiem na Donalda, który z jakiegoś głupiego powodu kręcił się po salonie jak tępa mucha w maśle. Zastanawiała się czy to starcza demencja nakręcała go do ciągłego zapominania po co i dlaczego w pokoju się zjawiał, czy też może wrodzone spierdolenie, z którym nic nie dało się zrobić. — Usiądziesz w końcu na tyłku? — fuknęła spod zmiętego, różowego magazynu plotkarskiego, na okładce którego okazała się ruchoma postać ciemnowłosej malarki, podejrzanie wręcz podobna do Loretty Lestrange.
POD LUPĄ: CZY ARTYSTKI SĄ BARDZIEJ ROZWIĄZŁE i WYUAZDANE?
Ofuknięty Donald zatrzymał się w pół drogi z pokoju i już zmierzał ku niej z zaciśniętą piąstką, łypając spojrzeniem zrodzonym z burzy, gdy Diana zasłoniwszy się odruchowo gazetką, wyjękała pojednawcze:
— To do Alexa przecież, uspokój się — mrugnęła do szwagra, który siedział na przeciwko niej, na bliźniaczym tapczanie i apatycznie wpatrywał się w ścianę. Nie do końca zareagował na jej oskarżenia, ale na Donalda zasłaniającego mu obraz pustej ściany, już tak.
Zmrużył gniewnie oczy.
OKIEM EKSPERTA: NAJŁADNIEJSZE PŁASZCZE TEJ WIOSNY - JAK ZWRÓCIĆ JEGO UWAGĘ
— Pierdolone lenie z was. Jakoś udało wam się zapracować na znak. Wiecie, że macie mu dużo więcej do udowodnienia, prawda?
Rzuciłby czymś w zarówno jego i nią, ale niczego oprócz kapcia z puszkiem doklejonym na czubku, pod ręką nie miał. Biedny Donald.
Żadne z nich nie odpowiedziało niczym na jego słowa; wymienili jedynie spojrzenia, niechętne, niespieszne, buźki zajęte grymasem zniesmaczenia. Niechęci.
Strachu?
***
Jeszcze nie świtało.
Żyły ukryte pod pergaminem skóry uwypukliły się wstęgami zarazy, przygaszone spojrzenie nabrało świecistego blasku, płomienia, za którym tak goniła. Jej źrenice, wyglądające jak dwie szpilki, zwrócone ostrzem w stronę rozmówcy, nagle przemieniły się w bezkresną otchłań pożerającą wszystko co dobre i złe.
Była gotowa.
—Śmierdzi tu — zajęczała, zjawiwszy się już na Nokturnie; osowiała i ewidentnie smutna, że buciki, które specjalnie założyła na tę okazję, schowane były pod paskudnym płaszczem, który zakrywał wszystko, co powinien. Czarne, długie płaszcze z głębokim kapturem po założeniu wydawały się okalać wszystkich Śmierciożerców dymem i zarówno ona jak i Alex nie mieli być wyjątkami. Ich zadaniem było ukrycie sylwetek śmieciojadów, a także mylenie postronnych osób, nawet w kwestiach tak szczegółowych jak model chodu, gestykulacja. Głos.
W tej postaci Alex nie wydawał się już być gigantem, był człowiekiem takim samym jak ona, zupełnie zwyczajnym, bezosobowym. Ktokolwiek skonstruował ich stroje, doskonale wiedział do jakich intencji jego dzieło będzie eksploatowane. Do tych najgorszych.
Diana żałowała, iż nie pojawił się z nimi Donald, po części podejrzewając, iż facetowi tak naprawdę nie chciało się siać chaosu w imieniu Czarnego Pana i jego obecność w szeregach takiego złola, była niczym innym jak kolejną wizerunkową zagrywką. Moi fajni koledzy dołączyli, to czemu ja również miałbym nie dołączyć? Kurwa, a teraz to ona musiała zrywać się o świcie z łóżka i torturować szlamy. Nie żeby nie sprawiało jej to jakiejś sadystycznej przyjemności, ale osłonięta brzydkim płaszczem, w brzydkiej dzielnicy i o brzydkiej porze dnia, trochę traciła zapał do całego przedsięwzięcia.
— Wolę kiedy nie uciekają — rzuciła w eter, gdy ich cel ruszył w bezzwłoczną ucieczkę, tak jak każdy zdrowy na umyśle człowiek by postąpił. I to żmudne, paskudnie irytujące dreptanie... które nagle przerwał melodyjny gwizd.
Otwarta klapa. Piwnica. Kłódka? Brak.
Och, i piękny pianista, Briel Degenhardt, u stóp którego ta kłódka jednak leżała...
Chwasty trzeba wyrywać.