Sprawy się odrobinę skomplikowały, to prawda, ale ostatecznie nie było tak źle, jak to sobie początkowo zakładał. Przede wszystkim zachował życie. Wielu innych nie miało tego szczęścia. Względem niektórych on sam był zmuszony do tego, aby wyciągnąć odpowiednie konsekwencje. Wiedział w jaki sposób to wszystko funkcjonowało. Zdawał sobie sprawę z tego, że cała ta wyprawa do Francji, będzie go wiele kosztować. Zarazem jednak nie mógł w tym przypadku postąpić inaczej. Nie miał czasu na to, aby poszukać innego rozwiązania.
Słysząc kolejne słowa syna, nie te pierwsze, zatrzymał się w pół drogi na zaplecze. Odwrócił się w jego kierunku. Zmierzył Stanleya uważnym spojrzeniem. Ostatecznie zrezygnował jednak z wygłoszenia jakiegokolwiek komentarza. Wszelkie uwagi oraz pytania, które krążyły po głowie musiały chwilę zaczekać.
Kiedy znaleźli się w dość zaniedbanym gabinecie, Robert zajął swoje standardowe miejsce - w fotelu za biurkiem. Nie tracił czasu na sięganie po szklanki oraz butelkę, o ile jakakolwiek butelka z alkoholem przez ten miesiąc przetrwała. Może zdecyduje się na ten krok później. Pierw należało się zająć tym co istotne.
- Siadaj, zaraz wszystko sobie wyjaśnimy. - mimo słów Stanleya, jego karygodnego zachowania, nie okazał złości. Nie dało się wychwycić żadnej irytacji. Jedynie spokój, który zaczynał dopiero odzyskiwać. Po trosze każdego dnia. Krok po kroku. - Chyba, że wolisz pierw wszystko z siebie wyrzucić?
Cokolwiek zdecydował Stanley, Robert mu na to pozwolił. Swoją uwagę podzielił pomiędzy syna, a zwrócone dokumenty. Sprawdził czy te były kompletne. Upewnił się, że wszystko znajdywało się na swoim miejscu. Następnie odsunął na bok.
- Możemy już zająć się tym co istotne? - możliwe, że tym razem w spojrzeniu mignęło coś na kształt lekkiej irytacji. Ułamek sekundy. Tak krótko, że równie dobrze Borginowi mogło się to tylko wydawać. Albo może chciał dostrzec tutaj cokolwiek? - Potrzebuje rozeznać się we wszystkim, co miało miejsce w ostatnim miesiącu. Wiem, że po Beltane działo się sporo. Nie zamierzam opuszczać Londynu, ale żeby działać, potrzebuje wszystko odpowiednio sobie poukładać. - wyjaśnił, przedstawił chłopakowi czego oczekuje; czego od niego potrzebuje. Mógł odmówić, mógł się zgodzić. Co jednak byłoby w tym przypadku lepszą opcją? Obydwoje tkwili po uszy w tym samym bagnie. Działali w imię jednej idei. A przynajmniej tak było wcześniej. Do czasu kiedy Robert zniknął. Nagle. Bez konkretnych wyjaśnień. Zostawiając po sobie jedynie list oraz adres, pod którym można było próbować nawiązać z nim kontakt.
Czy wszystko nadal było aktualne?
- Wiem, że udało Ci się dostarczyć głowę naszego przyjaciela pod właściwy adres, zdążyłem jeszcze odczytać list, muszę jednak wiedzieć czy później nie doszło w związku z tym do żadnych komplikacji? - zadał pytanie. Doprecyzował, wskazując zarazem na to, o co mu w tym przypadku chodziło. Mimo ostrzeżenia, którego udzielił Stanleyowi w kwietniu, teraz wszystko weryfikował. sprawdzał.