Robert samego siebie nie uważał za paranoika. Prędzej za człowieka uważnego, ostrożnego oraz - co istotne - kierującego się w pierwszej kolejności zdrowym rozsądkiem. To pozwalało na uniknięcie wielu problemów oraz mniejszych czy większych niedogodności. Błędy popełniał nadal. Był tego świadom. Nie oszukiwał w tym przypadku samego siebie. Ostatecznie przecież był tylko człowiekiem. Niczym więcej. Nikim więcej? Pozostawał świadomym swoich mocnych oraz słabych stron. Potrafił z nich odpowiednio korzystać. Gdyby nagle wybuchł pożar; gdyby któryś z nich zaliczyłby potknięcie, wiedziałby w jaki sposób sobie z tym poradzić. Dałby radę wyprostować sprawy; odpowiednio zająć się wszelkimi konsekwencjami jakie mogły z tego wyniknąć.
Tylko czy przy okazji wyciągnąłby pomocną dłoń w kierunku Lestrange'a?
Wiele zależałoby od okoliczności.
Podobnie jak Rodolphus, Robert nie był człowiekiem przykładającym większą wagę do odpowiedniego wystroju wnętrza. We własnym mieszkaniu nie zmienił nic od wielu lat. Gabinet, w którym spędzał znaczną część dnia, urządzony był dokładnie w ten sam sposób, co w czasie, kiedy za masywnym biurkiem zasiadał jego ojciec. Nie odczuwał potrzeby dostosowania czegokolwiek pod siebie. W przypadku chaty, która miała służyć im za swego rodzaju laboratorium, prezentował jednak zupełnie inne podejście. Miejsce nie powinno przyciągać uwagi. Należało wszystko odpowiednio zabezpieczyć. Zadbać o każdy jeden szczegół. Wszak nie dało się przewidzieć tego, co wydarzy się w najbliższej przyszłości.
Skoro Rodolphus na to przystał, nie protestował, Robert nie odczuwał potrzeby przekonywania niewymownego do współpracy na tym polu. Mogli przejść na spokojnie do kolejnych kwestii.
- Nikomu w Ministerstwie nie zależy obecnie na tym, aby mniej wygodne kwestie wyszły na światło dzienne. - zareagował na słowa Lestrange'a. Nic z tego co chłopak mówił nie stanowiło dla Roberta swoistego novum. Chociaż od jego odejścia z Departamentu Tajemnic minęły lata, był wciąż całkiem nieźle zorientowany w tym, jak wszystko funkcjonowało. Znał odpowiednich ludzi. Posiadał pewne kontakty. - Zwłaszcza, jeśli odkryta prawda mogłaby wywołać pewne konsekwencje. Aczkolwiek sam jesteś tego wszystkiego świadom. Nie ma sensu tracić czasu na związane z tym rozmowy.
Skoro Rodolphus nie protestował, tematu teczek nie kontynuowali. Robert po prostu je zabierze. Za moment, w odpowiedniej chwili. Teraz zaś pozostawało jeszcze zająć się kwestią piwnicy. Jej wyposażenia. Kolejny raz coś było gotowe w większości. Niekoniecznie odpowiadało to Mulciberowi. Nie dał tego jednak po sobie poznać. Na ten moment wykazywał się sporymi pokładamy cierpliwości. Tylko czy zawsze tak to będzie wyglądało?
- Poczekam aż wszystko będzie gotowe. Na ten moment nie jest to konieczne. - po chwili zastanowienia zrezygnował z zaglądania do piwnicy. Nie widział sensu ze sprawdzaniem tego miejsca dwa razy. Dzisiaj oraz za kilka dni, kiedy wszystko już znajdzie się na swoim miejscu. Wolał zrobić coś raz, za to porządnie. Dokładnie. - Zastanawiałeś się już nad tym z kim moglibyśmy nawiązać współpracę? - zamiast udać się do piwnicy, poruszył kolejną kwestie. Dla niego równie istotną co pozostałe. Sam swego czasu zadeklarował, że wykorzysta swoje kontakty. Zdążył już stworzyć nawet wstępną listę osób, do których mógłby się zwrócić z propozycją współpracy. Niekoniecznie teraz, na tak wczesnym etapie, ale kiedyś z pewnością to nastąpi. Najpewniej w momencie, kiedy uzna, że obaj z Lestrange'em są na ten krok gotowi; że wszystko odpowiednio przygotowali.
Obecnie jednak znajdywali się daleko od tego miejsca. Wciąż sporo było przed nimi. Nadmierny pośpiech zaś nie był wskazany. Mógł sprowadzić nad ich głowy problemy. Większe bądź mniejsze, ale zawsze prowadzące do komplikacji.
Kiedy skończyli omawiać wszystkie tematy, pożegnali się. Powrót do rodzinnej kamienicy, nie stanowił dla Mulcibera problemu. Skorzystał ze świstokliku, który przez cały ten czas miał przy sobie. Schowana w kieszeni spinka, pozwalala szybko dostać się do bezpiecznego, dobrze mu znanego miejsca.