08.01.2024, 00:53 ✶
Pokręciła powoli głową. To nie tak, że nie doceniała tego gestu;Rookwooda nie łączyła zazwyczaj z tego rodzaju bliskością; przeważnie wydawał się być wielce odległy, niedostępny wręcz. Bardziej posąg, który należy podziwiać, oglądać, ale jednak nie dotykać. Objęła się rękoma, zaciskając nieznacznie wargi; cóż, może i Black należał do przeszłości, może i ostatecznie dzięki niemu (jakkolwiek by to nie brzmiało) nie została ponownie wepchnięta w małżeńskie okowy (ich ojcowie raczej mieli na dość rozumu, żeby uznać racje Ulyssesa i zgodzić się z tym, że z planów jednak nici), ale… no cóż, nie można powiedzieć, żeby była zachwycona udziałem Blacka w całej tej historii.
Zwłaszcza że wyciągała takie, a nie inne wnioski, które naprawdę nasuwały się same i nie wymagały głębszych przemyśleń.
- Naprawdę nie trzeba – zapewniła cicho i posłała blady uśmiech. Na poły podziękowanie, na poły zapewnienie, że na pewno nic jej nie jest i nie potrzebuje takich gestów. W końcu jest dużą dziewczynką czy coś, nie?
- Niby za co? Daj spokój – uśmiechnęła się nieco szerzej. Ot, drobiazg. Przecież nie w jego mocy było pilnowanie poczynań innych, a co za tym idzie – ich konsekwencji. A ona zresztą naprawdę lubiła Rookwooda i… tak naprawdę właśnie poszedł jej mocno na rękę, nawet jeśli, patrząc pod konkretnym kątem, można by uznać, iż została wzgardzona. Co średnio mogło wróżyć na przyszłość, ale nie wyglądało, jakby miała się tym przejmować… Raczej jej myśli już biegły w dość konkretną stronę. List? Osobiście się pojawić? Nic nie robić…?
- Jasne – skinęła lekko głową. Wiedziała. I było w tym coś pocieszającego – może i nie wyszło im z małżeństwem, ale czy musiało wpływać na relacje, jakie mieli lata przed tym najgłupszym pomysłem świata…? Gdyby nie znajdowali się w Mungu, to zapewne mogliby dłużej porozmawiać, ale tak jakby… no, ten pokój nie mógł być wiecznie zamknięty…
Zwłaszcza że wyciągała takie, a nie inne wnioski, które naprawdę nasuwały się same i nie wymagały głębszych przemyśleń.
- Naprawdę nie trzeba – zapewniła cicho i posłała blady uśmiech. Na poły podziękowanie, na poły zapewnienie, że na pewno nic jej nie jest i nie potrzebuje takich gestów. W końcu jest dużą dziewczynką czy coś, nie?
- Niby za co? Daj spokój – uśmiechnęła się nieco szerzej. Ot, drobiazg. Przecież nie w jego mocy było pilnowanie poczynań innych, a co za tym idzie – ich konsekwencji. A ona zresztą naprawdę lubiła Rookwooda i… tak naprawdę właśnie poszedł jej mocno na rękę, nawet jeśli, patrząc pod konkretnym kątem, można by uznać, iż została wzgardzona. Co średnio mogło wróżyć na przyszłość, ale nie wyglądało, jakby miała się tym przejmować… Raczej jej myśli już biegły w dość konkretną stronę. List? Osobiście się pojawić? Nic nie robić…?
- Jasne – skinęła lekko głową. Wiedziała. I było w tym coś pocieszającego – może i nie wyszło im z małżeństwem, ale czy musiało wpływać na relacje, jakie mieli lata przed tym najgłupszym pomysłem świata…? Gdyby nie znajdowali się w Mungu, to zapewne mogliby dłużej porozmawiać, ale tak jakby… no, ten pokój nie mógł być wiecznie zamknięty…
Koniec sesji