07.01.2024, 02:24 ✶
Iskierka Stanleya Borgina nie mogła zniknąć, stanowiła jeden z najsilniejszych — zdaniem Cynthii rzecz jasna — aspektów jego jestestwa. A co za tym idzie, mogła jedynie przygasnąć, tkwić zduszona gdzieś wewnątrz, bo widocznie czasy i rzeczywistość, w której dwójka czarodziejów była, jej nie sprzyjały. Tylko jakie okoliczności, jakie wypadki losowe mogły sprawić, że sam doprowadził ją do stanu, w którym się znajdowała? Tego nie wiedziała. Odpowiedzi też nie podsuwała jej jego twarz, którą przypominające gładką taflę lodu tęczówki, śledziły uważnie, jakby w obawie przed tym, że ważny detal im umknie.
Dziewczynka, którą pamiętał, wcale nie zniknęła. Tkwiła zduszona, spała w środku pod napływem surowych restrykcji względem samej siebie, zasad, a przede wszystkim skutecznie wyciszała ją magią. Nie mogła sobie pozwolić na słabość, nie mogła sobie pozwolić na uciekanie wzrokiem i coś innego, niż perfekcje. Świat miał wobec niej oczekiwania, jej ojciec miał oczekiwania, nawet przełożeni w pracy mieli oczekiwania, a ona po prostu musiała im sprostać, ba musiała ich zaskoczyć. Przeraźliwa ambicja, którą w niej zasiał lata temu wykwitła na kształt wielowarstwowej, nocnej róży. Miał też niestety kolce, co było szczęściem w nieszczęściu. Nie uciekała wzrokiem, owszem, ale to wcale nie znaczyło, że wszystko się zmieniło na przestrzeni lat, po prostu było dobrze maskowane.
W ciągu tych kilkunastu sekund być może nawet minut ciągnącej się ciszy, nienachalnej i przyjemniej, Cynthia miała wrażenie, że minione lata gdzieś uciekają. Nie mają żadnego znaczenia. Zupełnie jakby patrzyła na szesnastolatka pod zegarową wieżą, a on miał w ustach papierosa i otaczał go porastający kamienne kolumny bluszcz. Nie była kobietą sentymentalną, a jednak ta podróż dopieszczona wizualizacją i znajomymi zapachami sprawiła, że przyjemne ciepło rozlało się po ciele, zwykle chłodnym i obojętnym. Nie było w niej złości, może odrobina żalu, ale nie było absolutnie żadnego sensu się na tym rozwodzić, przeszłość pozostawała przeszłością. Byli tak samo winni. Porzucili się wzajemnie. Nie trudno było zauważyć, że z pewną celowością była oszczędna w słowach i wybierała tylko te, które wzburzały może niedopowiedzeń. Nie mogła, nie umiała i przede wszystkim, nie chciała stwierdzić, czy to dobrze, czy to źle. Przestrzeń pozostawiona przez wypowiedziane cicho słowo dawała duże pole wyobraźni. Uśmiechnęła się do niego krótko, chociaż równie dobrze mógł to być gest skierowany do jej myśli i tego, dokąd w tej ciszy i dymie zbłądziły.
Gdyby miała zamknąć oczy, przypomnieć sobie wszystko i odpowiedzieć na pytanie, co młody Borgin lubił w niej najbardziej, ku odrobinie swojego rozczarowania nie wybrałaby intelektu, a właśnie włosy. Sposób, w jaki niegdyś kołysały się pomiędzy jego palcami, kręcone leniwie na placu i opadające powolnie, łaskocząc ją po szyi — nawet jeśli z początku wprawiało ją to w zakłopotanie, to z czasem stało się jakimś elementem codzienności, do którego przywykła. Na myśl o tym, że uważał się za mniej odważnego niż kiedyś, pokręciłaby tylko głową, tłumacząc, że odwaga przejawia się na wiele sposobów. I ku rozbawieniu, największa objawiała się w strachu lub w pożądaniu, jakby los nie był wystarczająco kapryśny.
- Też miałeś rzucić. - zauważyła bardziej, niż zapytała, bo przecież w jego słowa o porzuceniu nałogu nigdy nie wierzyła. Papieros był nieodłącznym elementem jego aparycji, tak stałym, jak kolor jego oczu. Kilkusekundowa ucieczka wzrokiem i stwierdzenie, które padło z ust Stanleya sprawiło, że blondynka roześmiała się, kręcąc głową z niedowierzaniem. Jakby zupełnie ją rozbroił, rzucił czymś, czego się zupełnie nie spodziewało i było to coś, co robił niegdyś notorycznie. Ciągle. - Nie przepraszaj. Papieros to był dobry początek, intrygujący dla takiej dziewczyny, jaką byłam. - odpowiedziała dość lekko, przez co niewątpliwie szczerze. Jej własne słowo rozbrzmiało echem, a ona sama złapała się na tym, że nie bardzo umiała określić, czy faktycznie już tylko "była", czy może gdzieś w środku wciąż "jest", podobnie jak ta jego iskierka. I znów obraz uśpionej niewinności zatańczył jej przed oczami. Jak wiele czasu minęło od tych beztroskich i lekkich dni, o których myślała, że straciły kolor. A one po prostu potrzebowały bodźca, przypomnienia.
Oczywiście, że mu nie uwierzyła. Uniosła brwi na jego pewną odpowiedź, nie mrugając nawet. Mimowolnie i z nawyku, korzystając z faktu, że jej palce tkwiły na jego skórze, skupiła się na uderzającym w piersi sercu. Zawsze wiedziała, gdy ktoś kłamał lub też łagodniej — próbował zamydlić komuś oczy.
Wcale się jej nie podobało to, co usłyszała, ale nie mogła powiedzieć, że była zaskoczona. Zacisnęła usta, przenosząc wzrok na okolice jego szyi. Trybiki zastukały cichutko, a umysł dziewczyny odłożył z niechęcią słoneczne popołudnia na bok, dopuszczając do głosu rozsądek oraz logikę. Sytuację bez wyjścia. Poczuła, jak jej płuca wypełniają się dymem i powietrzem, boleśnie wręcz rozszerzając tkwiące w nich pęcherzyki. Milczała dłuższą chwilę, łącząc wszystkie fakty i przypominając sobie wszystko, o czym mogła wiedzieć. A los chciał, że obracali się w tym samym towarzystwie. Cynthia podniosła na niego spojrzenie dopiero teraz, tęczówki zalśniły subtelnie uporem, ale i troską, bo on był człowiekiem, którego by nie porzuciła. Nie wzięła papierosa, pozwalając, by żar leniwie go pochłaniał i zamiast tego uniosła drugą dłoń. - Stanley Borgin owszem, jest lojalny jak pies. - powtórzyła, nie patrząc w ogóle na to, co wyczyniały jej palce, zahaczając o materiał rękawa. Była nie tylko koronerem, ale też medykiem po przeszkoleniu, miała doskonale wypracowane ruchy dłoni i nie potrzebowała koordynacji wzrokowej, aby wiedzieć, co i jak należy zrobić. Dlatego też w ułamku kilku sekund rękaw powędrował w dół, a ona zacisnęła prawa dłoń mocniej na jego nadgarstku, zmuszając go, aby ręka powędrowała niżej. - Lojalny pies ma jednak swoją bandę i nie jest sam, a co z tym idzie, nawet jeśli sytuacja jest pozornie bez wyjścia, to i tak będzie ono celem poszukiwań. - kontynuowała, lewą dłoń przesuwając tak, że palcem zaczęła coś rysować po jego skórze, na wewnętrznej części ręki. Kształt, doskonale mu znany, zresztą, nie tylko jemu. Odkąd pojawił się w proroku, bo Beltane, a potem w kilku incydentach, po których w jej lodówkach pojawiały się nowe ciała. Przesunęła na chwilę spojrzenie na niewidoczne dzieło, skupiając się na skórze. Odrobina magii, nici nekromancyjnej, która wymuszała lepiej niż revelio ujawnienie pigmentu, subtelne i delikatne, jakby za jej krążącym palcem ktoś brudził go jedynie pokruszonym węglem. Louvain, Stanley.. Sauriel pewnie też. Przeklęła w myślach, chociaż po jej twarzy nie dało się stwierdzić niczego, a już na pewno niewewnętrznej irytacji, która sprawiła, że miała jeszcze więcej powodów, aby sięgać jeszcze głębiej w to, co było zakazane. Niewłaściwe. Podniosła na niego wzrok, chociaż nie zapytała, dlaczego i po co, z jakiego powodu pozwolił sobie nadać znak i wplątał się w organizacje, która tak dzieliła społeczeństwo. - Powinnam złapać Cię wcześniej. - mruknęła tylko cicho, bardziej do siebie niż do niego. Zaschło jej w ustach, a dym papierosowy sprawił, że znów miała ochotę wypełnić nim płuca. Nawyki uwydatniały się w najgorszych momentach. Podniosła więc na powrót dłoń, opuszczając podniesiony wcześniej rękaw i tym razem zaciągnęła się na tyle mocno, że brakło jej tchu i musiała przymknąć oczy, czując uzależniające działanie nikotyny. Była zła, ale krótkie oddziaływanie na samą siebie i ów emocja zamieniła się w spokojną taflę wody, której nic i nikt nie mogło zburzyć. Zawsze powtarzała sobie, że dopóki miała kontrolę, mogła zrobić wszystko. - Chcesz drinka? - zapytała po tym, jak wypuściła smugę dymu, puszczając go i odsuwając się nieco, wskazała ruchem głowy kanapę, aby się rozgościł, a sama poszła do kuchni, wyjmując z górnej szafki butelkę z bursztynową cieczą, chociaż dłuższą chwilę wędrowała pomiędzy nią, a znacznie mniej elegancką flaszką z wódką
Dziewczynka, którą pamiętał, wcale nie zniknęła. Tkwiła zduszona, spała w środku pod napływem surowych restrykcji względem samej siebie, zasad, a przede wszystkim skutecznie wyciszała ją magią. Nie mogła sobie pozwolić na słabość, nie mogła sobie pozwolić na uciekanie wzrokiem i coś innego, niż perfekcje. Świat miał wobec niej oczekiwania, jej ojciec miał oczekiwania, nawet przełożeni w pracy mieli oczekiwania, a ona po prostu musiała im sprostać, ba musiała ich zaskoczyć. Przeraźliwa ambicja, którą w niej zasiał lata temu wykwitła na kształt wielowarstwowej, nocnej róży. Miał też niestety kolce, co było szczęściem w nieszczęściu. Nie uciekała wzrokiem, owszem, ale to wcale nie znaczyło, że wszystko się zmieniło na przestrzeni lat, po prostu było dobrze maskowane.
W ciągu tych kilkunastu sekund być może nawet minut ciągnącej się ciszy, nienachalnej i przyjemniej, Cynthia miała wrażenie, że minione lata gdzieś uciekają. Nie mają żadnego znaczenia. Zupełnie jakby patrzyła na szesnastolatka pod zegarową wieżą, a on miał w ustach papierosa i otaczał go porastający kamienne kolumny bluszcz. Nie była kobietą sentymentalną, a jednak ta podróż dopieszczona wizualizacją i znajomymi zapachami sprawiła, że przyjemne ciepło rozlało się po ciele, zwykle chłodnym i obojętnym. Nie było w niej złości, może odrobina żalu, ale nie było absolutnie żadnego sensu się na tym rozwodzić, przeszłość pozostawała przeszłością. Byli tak samo winni. Porzucili się wzajemnie. Nie trudno było zauważyć, że z pewną celowością była oszczędna w słowach i wybierała tylko te, które wzburzały może niedopowiedzeń. Nie mogła, nie umiała i przede wszystkim, nie chciała stwierdzić, czy to dobrze, czy to źle. Przestrzeń pozostawiona przez wypowiedziane cicho słowo dawała duże pole wyobraźni. Uśmiechnęła się do niego krótko, chociaż równie dobrze mógł to być gest skierowany do jej myśli i tego, dokąd w tej ciszy i dymie zbłądziły.
Gdyby miała zamknąć oczy, przypomnieć sobie wszystko i odpowiedzieć na pytanie, co młody Borgin lubił w niej najbardziej, ku odrobinie swojego rozczarowania nie wybrałaby intelektu, a właśnie włosy. Sposób, w jaki niegdyś kołysały się pomiędzy jego palcami, kręcone leniwie na placu i opadające powolnie, łaskocząc ją po szyi — nawet jeśli z początku wprawiało ją to w zakłopotanie, to z czasem stało się jakimś elementem codzienności, do którego przywykła. Na myśl o tym, że uważał się za mniej odważnego niż kiedyś, pokręciłaby tylko głową, tłumacząc, że odwaga przejawia się na wiele sposobów. I ku rozbawieniu, największa objawiała się w strachu lub w pożądaniu, jakby los nie był wystarczająco kapryśny.
- Też miałeś rzucić. - zauważyła bardziej, niż zapytała, bo przecież w jego słowa o porzuceniu nałogu nigdy nie wierzyła. Papieros był nieodłącznym elementem jego aparycji, tak stałym, jak kolor jego oczu. Kilkusekundowa ucieczka wzrokiem i stwierdzenie, które padło z ust Stanleya sprawiło, że blondynka roześmiała się, kręcąc głową z niedowierzaniem. Jakby zupełnie ją rozbroił, rzucił czymś, czego się zupełnie nie spodziewało i było to coś, co robił niegdyś notorycznie. Ciągle. - Nie przepraszaj. Papieros to był dobry początek, intrygujący dla takiej dziewczyny, jaką byłam. - odpowiedziała dość lekko, przez co niewątpliwie szczerze. Jej własne słowo rozbrzmiało echem, a ona sama złapała się na tym, że nie bardzo umiała określić, czy faktycznie już tylko "była", czy może gdzieś w środku wciąż "jest", podobnie jak ta jego iskierka. I znów obraz uśpionej niewinności zatańczył jej przed oczami. Jak wiele czasu minęło od tych beztroskich i lekkich dni, o których myślała, że straciły kolor. A one po prostu potrzebowały bodźca, przypomnienia.
Oczywiście, że mu nie uwierzyła. Uniosła brwi na jego pewną odpowiedź, nie mrugając nawet. Mimowolnie i z nawyku, korzystając z faktu, że jej palce tkwiły na jego skórze, skupiła się na uderzającym w piersi sercu. Zawsze wiedziała, gdy ktoś kłamał lub też łagodniej — próbował zamydlić komuś oczy.
Wcale się jej nie podobało to, co usłyszała, ale nie mogła powiedzieć, że była zaskoczona. Zacisnęła usta, przenosząc wzrok na okolice jego szyi. Trybiki zastukały cichutko, a umysł dziewczyny odłożył z niechęcią słoneczne popołudnia na bok, dopuszczając do głosu rozsądek oraz logikę. Sytuację bez wyjścia. Poczuła, jak jej płuca wypełniają się dymem i powietrzem, boleśnie wręcz rozszerzając tkwiące w nich pęcherzyki. Milczała dłuższą chwilę, łącząc wszystkie fakty i przypominając sobie wszystko, o czym mogła wiedzieć. A los chciał, że obracali się w tym samym towarzystwie. Cynthia podniosła na niego spojrzenie dopiero teraz, tęczówki zalśniły subtelnie uporem, ale i troską, bo on był człowiekiem, którego by nie porzuciła. Nie wzięła papierosa, pozwalając, by żar leniwie go pochłaniał i zamiast tego uniosła drugą dłoń. - Stanley Borgin owszem, jest lojalny jak pies. - powtórzyła, nie patrząc w ogóle na to, co wyczyniały jej palce, zahaczając o materiał rękawa. Była nie tylko koronerem, ale też medykiem po przeszkoleniu, miała doskonale wypracowane ruchy dłoni i nie potrzebowała koordynacji wzrokowej, aby wiedzieć, co i jak należy zrobić. Dlatego też w ułamku kilku sekund rękaw powędrował w dół, a ona zacisnęła prawa dłoń mocniej na jego nadgarstku, zmuszając go, aby ręka powędrowała niżej. - Lojalny pies ma jednak swoją bandę i nie jest sam, a co z tym idzie, nawet jeśli sytuacja jest pozornie bez wyjścia, to i tak będzie ono celem poszukiwań. - kontynuowała, lewą dłoń przesuwając tak, że palcem zaczęła coś rysować po jego skórze, na wewnętrznej części ręki. Kształt, doskonale mu znany, zresztą, nie tylko jemu. Odkąd pojawił się w proroku, bo Beltane, a potem w kilku incydentach, po których w jej lodówkach pojawiały się nowe ciała. Przesunęła na chwilę spojrzenie na niewidoczne dzieło, skupiając się na skórze. Odrobina magii, nici nekromancyjnej, która wymuszała lepiej niż revelio ujawnienie pigmentu, subtelne i delikatne, jakby za jej krążącym palcem ktoś brudził go jedynie pokruszonym węglem. Louvain, Stanley.. Sauriel pewnie też. Przeklęła w myślach, chociaż po jej twarzy nie dało się stwierdzić niczego, a już na pewno niewewnętrznej irytacji, która sprawiła, że miała jeszcze więcej powodów, aby sięgać jeszcze głębiej w to, co było zakazane. Niewłaściwe. Podniosła na niego wzrok, chociaż nie zapytała, dlaczego i po co, z jakiego powodu pozwolił sobie nadać znak i wplątał się w organizacje, która tak dzieliła społeczeństwo. - Powinnam złapać Cię wcześniej. - mruknęła tylko cicho, bardziej do siebie niż do niego. Zaschło jej w ustach, a dym papierosowy sprawił, że znów miała ochotę wypełnić nim płuca. Nawyki uwydatniały się w najgorszych momentach. Podniosła więc na powrót dłoń, opuszczając podniesiony wcześniej rękaw i tym razem zaciągnęła się na tyle mocno, że brakło jej tchu i musiała przymknąć oczy, czując uzależniające działanie nikotyny. Była zła, ale krótkie oddziaływanie na samą siebie i ów emocja zamieniła się w spokojną taflę wody, której nic i nikt nie mogło zburzyć. Zawsze powtarzała sobie, że dopóki miała kontrolę, mogła zrobić wszystko. - Chcesz drinka? - zapytała po tym, jak wypuściła smugę dymu, puszczając go i odsuwając się nieco, wskazała ruchem głowy kanapę, aby się rozgościł, a sama poszła do kuchni, wyjmując z górnej szafki butelkę z bursztynową cieczą, chociaż dłuższą chwilę wędrowała pomiędzy nią, a znacznie mniej elegancką flaszką z wódką