22.11.2022, 21:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2022, 21:16 przez Castiel Flint.)
Co miałby robić na Pokątnej o tej porze? Wyszedł od Heather, po prostu. Obejrzał się ostatni raz na kamienicę, w której mieszkała dziewczyna i chwilę później ruszył spacerem wzdłuż ulicy. Miał w planach kupić sobie kremowo-waniliowej kawy bo od rozmowy na temat klątwy zaschło mu w gardle i do tego znów spierzchły mu usta - wystarczy, że zapomni się odpowiednio nawodnić, a kiedy zajmował się "klientami" to z reguły o sobie myślał na samym końcu. Cynthia nie raz nie dwa suszyła mu głowę za tak lekceważące podejście do swojego zdrowia. Potarł wnętrzem dłoni twarz, czując na niej oznaki zmęczenia. Nigdy w życiu nie spodziewałby się, że coś na niego runie. Usłyszał nagle donośny trzask i nim w ogóle zorientował się z której strony nagle z głuchym łoskotem wylądował na chodniku, przygnieciony czyimś ciałem. Z głębi jego trzewi wydostało się na wydechu nieprzyzwoite "kurwa". Cały impet poleciał na jego lewy bark. Złapał tę osobę i zaczął ją z siebie zsuwać ale ta szybko opuściła swoje zacne leże jakim był Castiel. Z grymasem na twarzy podnosił się do siadu.
- Możesz uważać jak lądujesz?- wypluł z siebie te słowa bo jednak przerwano mu miłe przemyślenia w dosyć brutalny sposób. Przyłożył rękę do obolałego barku i sięgnął po leżącą na ziemi walizkę.
- Skąd…?- w końcu popatrzył na swojego napastnika. Napastniczkę. Zamrugał, przyjrzał się ale nie kojarzył tej twarzy za nic w świecie. Uciekł zaraz wzrokiem bo napastniczka okazała się mieć w sobie coś na kształt ostrości, pazura.
- Skąd znasz moje imię?- cóż rzec, był nieco oderwany od rzeczywistości jeśli chodzi o relacje z dalszą częścią rodziny.
- Nic ci nie jest?- zapytał ze zrezygnowaniem bo konwenanse konwenansami ale była kobietą i wychowanie nakazało okazać troskę.
- Możesz uważać jak lądujesz?- wypluł z siebie te słowa bo jednak przerwano mu miłe przemyślenia w dosyć brutalny sposób. Przyłożył rękę do obolałego barku i sięgnął po leżącą na ziemi walizkę.
- Skąd…?- w końcu popatrzył na swojego napastnika. Napastniczkę. Zamrugał, przyjrzał się ale nie kojarzył tej twarzy za nic w świecie. Uciekł zaraz wzrokiem bo napastniczka okazała się mieć w sobie coś na kształt ostrości, pazura.
- Skąd znasz moje imię?- cóż rzec, był nieco oderwany od rzeczywistości jeśli chodzi o relacje z dalszą częścią rodziny.
- Nic ci nie jest?- zapytał ze zrezygnowaniem bo konwenanse konwenansami ale była kobietą i wychowanie nakazało okazać troskę.