Spodobała mu się odpwiedź Vakela i nawet nie próbował tego ukryć. Rozważał nawet, czy nie podzielić się epitafium, które wybrał dla siebie, w roku w którym zginęła Marta Warren, ale mnogość oczu wlepiona w niego skutecznie go odwiodła od tego pomysłu. Jestem tym, czym będziesz. Byłem tym, czym jesteś. Nie brzmiało to w żaden sposób wielce, ani nawet wyjątkowo personalnie, konfrontowało zaś żyjących z faktem śmierci, nieuchronnej i wiecznej. W pewnym sensie był to również żart z jego strony, jakby wieszczył śmierć czytającemu tekst na jego płycie nagrobnej.
— Morpheus, ile razy mam ci powtarzać! — ciszę przerwała Susanne, kręcąc się na swoim miejscu niekomfortowo, a adresat słów wyraźnie czuł jej niezadowolenie z jego obecności. Na pewno nie pomagało to, że przedziały mieściły osiem osób, a obecnie znajdowało się tam znacznie więcej. — Nie gap się tak na nowych, straszysz. On już tak ma. — Ostatnie słowa skierowała miękkim, nieco przepraszającym tonem do Dolohova, kładąc mu lekko dłoń na ramieniu, jakby chciała przerwać zaklęcie i ponownie skupić na sobie uwagę młodszego Krukona. Zdaniem wieszcza nie była ani trochę subtelna.
Longbottom teatralnie i przeciągle mrugnął w odpowiedzi na to, co wywołało kilka krótkich chichotów ze strony gryfońskiej prefekcji, z którymi Morpheus utrzymywał bardziej przyjazne kontakty, niż z Susanne. Swoje milczenie przerwał szelestem czarodziejskiej szaty oraz cichego stuknięcia okładki podręcznika o mały parapecik wagonowy. Wstał i jakby na ten znak, ktoś zaczął rozmawiać o nadchodzącym sezonie Quidditcha, a jego miejsce zajęło się rozlewającymi się w wolnej przestrzeni ciałami, wcześniej ściśniętymi jak sardynki, aby prefekt naczelny nie musiał powtarzać, zatrzymanymi w przestrzeni przez magnetyczną osobowość Dolohova.
Wyciągnął się na palcach, aby wsunąć książkę do swojego bagażu nad ich głowami. Dało się zauważyć w tym, jak bardzo jest świadomy siebie w przestrzeni, ile zajmuje miejsca, jak je ograniczyć, uczynić siebie niewidzianym, jednocześnie bez namaszczenia sakramentem przemocy. Wystudiowane ułożenie stóp, przemyślane kąty nachylenia. Ciche klik zamków utonęło w szeleście jesiennych przemyśleń i innych osób, które szukały wygodniejszych przestrzeni niż obecny przedział. Dookoła Vakela nadal pozostała najbardziej zagorzała gwardia fanów, składająca się głównie z dziewcząt i jednego Puchona.
Cicho zamykając przedział za sobą, przeszedł do łazienki na końcu wąskiego korytarza. Drewniano-podobna boazeria, przynajmniej miał nadzieję, że rzeczywiście nie jest drewniana, mosiężne kraniki i toaleta. Przynajmniej w tym wagonie nie cuchnęło uryną. Z kieszeni wyciągnął małe pudełeczko z przygotowaną strzykawką na drogę i podwinął szatę, aby odsłonić brzuch. W jednym miejscu wykwitł mu brzydki siniec, gdy trafił w jakąś żyłkę. Wstrzyknął sobie insulinę po drugiej stronie i przyglądając się nadchodzącej ciemności odliczał, zgodnie z tym, co mu nakazał mugolski lekarz. Mechaniczny proces, który wykonywał niczym automatom, zakazując sobie nadawania mu większego znaczenia w swoim życiu. Rytuał posiłków i sekretów, zwierzęce hormony w organizmie, pozwalające mu żyć, zamiast zamienić się w śpiącą królewnę w Warowni. Spojrzał ponownie na zegarek, zanotował godzinę podania leku w głowie. Nie chciał poezji w tym procesie, dookoła którego kręcił się cały cykl jego dnia, kontrole wszystkiego, co jadał, oglądanie się za deserami i zaskoczenie zmieszane z obrzydzeniem, gdy ktoś zauważył, jak wygląda jego skóra w miejscach iniekcji.
Umył ręce i wrócił do świty księcia Hogwartu.
— Zbieraj się Dolohov. Trzeba sprawdzić, czy ktoś nie pali w ostatnim wagonie.