07.01.2024, 22:38 ✶
To Panienka Chang-Chang nie pobiega sobie ze mną po dachach w pełnię księżyca, chyba że bardzo ładnie poprosi, to może tak, ale nie mogłem obiecać, że nie będę przy tym marudny, bo pełnie księżyca naprawdę mnie dobijały. Nie byłem wtedy sobą, jak gdybym chorował na lykantropię, ale trochę taką na odwrót, bo zamiast dostawać sierści i poweru do zabijania, to ja wręcz przeciwnie umierałem sobie, powoli tak dogorywając. Kocyk, kakałko, czasami też rozpalone drwa w kominku, jeśli było akurat zimno, więc... to pewnie wyglądało trochę jak okres u kobiet, ale wolałem zanadto w to nie wnikać. Tak dla własnego spokoju ducha. Choć czasami jednak za bardzo wnikałem, żeby polować na lepszy humor u przełożonej, tej Flo wielce wymagającej. Czasami umyślnie chorowałem, kiedy miała te dni i miała zmianę na moich zmianach, a czasami po prostu brałem to na klatę, kiedy miałem dzień dobroci dla zwierząt.
- Tak, właśnie turlam się po dachu - powtórzyłem zaraz za nią, po czym zachichotałem jak ten idiota. - A ty siedzisz na dachu... Inni nie przesiadują na dachach - zauważyłem wielce niewinnie, nieco się z niej chichrając, a nieco przedstawiając jej świat z innej perspektywy, z tej, w której wszystko mogło być normą, jeśli po prostu za normę to uzna.
- Bez urazy, Mayka... Ale świat należy do ciebie. Masz ochotę się turlać, to się turlaj. Nie masz ochoty, to olej turlanie - odparłem w ramach moim godzin terapeutycznych, które udzielałem wtedy, kiedy mi zawiało, a które prowadziłem całkowicie bezpłatnie i też nieświadomie tak naprawdę, bo po prostu czasami miałem wenę, a czasami nie... Hmm. Terapeuta z powołania? Koci doktór Leo O’Dwyer.
Ale dobra, zebrałem się z tego dachu, wstałem by się nieco otrzepać z kurzu, a że to nic nie dało, to śmignąłem po sobie różdżką, a zaraz potem siadłem obok Mayi. Nie tak by się z nią stykać ramionami, choć kusiło, bo uwielbiałem się łasić do uwielbionych przez siebie osób, ale mogłaby się znowu poczuć przytłoczona... Chyba że jednak nie?
- Za co powinienem cię przeprosić? - zapytałem nieco zagubiony, bo nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Wśród ewentualnych scenariuszy było to, że ją skusiłem, żeby wejść na dach za rudawym kocurem, ale przecież ja jej mówiłem, że wcale jej nic nie kazałem. Sama to zrobiła, no nie? Ja tu byłem biednym kocurkiem, pomówienia jakieś...
- I mogę się do ciebie przysunąć...? Tak przytulić? - dodałem już bardziej ożywiony, bo to jak najbardziej rozumiałem i, kurde, mogłem ją wielbić potrójnie, a nawet poczwórnie, jeśli pozwoli się dotknąć. - W sensie... połasić? Bardzo to lubię, ale... nie chcę cię przestraszyć - wyjaśniłem, bo mogła tak do końca nie wiedzieć, o co mi chodzi, a że miała mnie za wytwór nie z tej ziemi... Nie z tej ziemi to w sumie mogło brzmieć jak komplement, no nie? Cóż, bądź co bądź naprawdę chciałem się zaprzyjaźnić i może czasami skraść pocałunek. Hihi.
- Tak, właśnie turlam się po dachu - powtórzyłem zaraz za nią, po czym zachichotałem jak ten idiota. - A ty siedzisz na dachu... Inni nie przesiadują na dachach - zauważyłem wielce niewinnie, nieco się z niej chichrając, a nieco przedstawiając jej świat z innej perspektywy, z tej, w której wszystko mogło być normą, jeśli po prostu za normę to uzna.
- Bez urazy, Mayka... Ale świat należy do ciebie. Masz ochotę się turlać, to się turlaj. Nie masz ochoty, to olej turlanie - odparłem w ramach moim godzin terapeutycznych, które udzielałem wtedy, kiedy mi zawiało, a które prowadziłem całkowicie bezpłatnie i też nieświadomie tak naprawdę, bo po prostu czasami miałem wenę, a czasami nie... Hmm. Terapeuta z powołania? Koci doktór Leo O’Dwyer.
Ale dobra, zebrałem się z tego dachu, wstałem by się nieco otrzepać z kurzu, a że to nic nie dało, to śmignąłem po sobie różdżką, a zaraz potem siadłem obok Mayi. Nie tak by się z nią stykać ramionami, choć kusiło, bo uwielbiałem się łasić do uwielbionych przez siebie osób, ale mogłaby się znowu poczuć przytłoczona... Chyba że jednak nie?
- Za co powinienem cię przeprosić? - zapytałem nieco zagubiony, bo nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Wśród ewentualnych scenariuszy było to, że ją skusiłem, żeby wejść na dach za rudawym kocurem, ale przecież ja jej mówiłem, że wcale jej nic nie kazałem. Sama to zrobiła, no nie? Ja tu byłem biednym kocurkiem, pomówienia jakieś...
- I mogę się do ciebie przysunąć...? Tak przytulić? - dodałem już bardziej ożywiony, bo to jak najbardziej rozumiałem i, kurde, mogłem ją wielbić potrójnie, a nawet poczwórnie, jeśli pozwoli się dotknąć. - W sensie... połasić? Bardzo to lubię, ale... nie chcę cię przestraszyć - wyjaśniłem, bo mogła tak do końca nie wiedzieć, o co mi chodzi, a że miała mnie za wytwór nie z tej ziemi... Nie z tej ziemi to w sumie mogło brzmieć jak komplement, no nie? Cóż, bądź co bądź naprawdę chciałem się zaprzyjaźnić i może czasami skraść pocałunek. Hihi.