Na ten moment musiało mu wystarczyć to, co padło z ust Anthony'ego. Robert był zmuszony do tego, żeby zaufać słowom młodego Borgina. Nie mógł sobie pozwolić na to, aby drążyć dalej. Zwłaszcza, że nie planował dzieciaka usuwać. Przynajmniej nie teraz. Nie był bowiem w stanie wykluczyć, że będzie to konieczne, jeśli coś pójdzie nie tak.
Bez słowa obserwował jak Borgin przygotowuje się do realizacji zadania. Młody, więc i porywczy. Chciałby wszystko już, teraz. Zaraz? Z wiekiem zapewne nabierze więcej ogłady. Albo może niekoniecznie? Tego nie dało się przewidzieć. Nie można było niestety jednoznacznie ocenić.
- Udało nam się ustalić, że Gregory mieszka z żoną oraz córką. - odezwał się, kiedy Anthony postanowił zadać kolejne pytanie. Pytanie jak najbardziej zasadne. Prawidłowe. Szkoda tylko, że padło ono tak późno. - Dziewczyna przebywa obecnie w Hogwarcie, Rosie jest całkiem obiecującą młodą czarownicą. Powinniśmy się cieszyć, że nic jej dzisiaj nie grozi. - czy faktycznie był to powód do radości? Nie można było powiedzieć, żeby Roberta faktycznie to cieszyło. Zarazem jednak nie dało się też temu zaprzeczyć. Mężczyzna pilnował się. Dbał o to, aby nie dać niczego po sobie poznać. Nie zdradzić więcej, niż było to konieczne. - Żona Multona, Eloise, przed kilkoma dniami zmuszona została do wyjazdu. Rozchorowała się, niestety, jej matka. Dość poważne, aczkolwiek nie można powiedzieć, żeby rokowania były w tym przypadku bardzo złe. Ma jeszcze przed sobą co najmniej kilka miesięcy życia. O ile dopisze jej szczęście. - skąd Robert to wszystko wiedział? Od jak dawna planowali atak na Multona, skoro był w stanie przekazać Anthony'emu tak wiele informacji? Nie wyglądało na to, żeby wszystko zostało zorganizowane na szybko. Bez przeprowadzenia wcześniejszego zwiadu, zebrania niezbędnych informacji. Czy śmierciożercy zawsze działali w ten sposób?
Albo może w taki sposób działał tylko sam Robert?
- Pewnym problemem mogą okazać się sąsiedzi, ponieważ Multon mieszka na obrzeżach Doliny Godryka. - krążył po pokoju, przedstawiając Borginowi kolejne informacje. Nie był w stanie tak po prostu stać w jednym miejscu. Siedzieć? Nasiedzieć się już zwyczajnie zdążył. Ile można. - Razem z żoną posiadają całkiem spory domek jednorodzinny. Za budynkiem znajduje się podwórko, niewielki sad. Prawdopodobnie od strony tego właśnie sadu, byłoby najłatwiej dostać się do środka. - zatrzymał się, skupiając spojrzenie na Borginie, który wyglądał obecnie tak, jak na śmierciożerce przystało. Skryte pod maską oblicze młodzieńca, nie mogło mu zdradzić żadnych emocji. Reakcji na otrzymane informacje. Było to trochę niekomfortowe, ale zapewniało im wszystkim bezpieczeństwo. - Dzięki temu uniknęlibyśmy ściągania na nieruchomość niepotrzebnej uwagi. Nie tracimy też przewagi wynikającej z zaskoczenia. O ile nasi informatorzy się nie mylą, teren nie został zabezpieczony wieloma, silnymi zaklęciami ochronnymi. Przełamanie tych kilku, które udało nam się rozpoznać, nie powinno stanowić problemu. - nawet jeśli Anthony odpowiednich umiejętności nie posiadał, to dla Roberta zajmowanie się zabezpieczeniami nie było czymś szczególnie skomplikowanym. Przynajmniej do momentu, kiedy w grę nie wchodziło coś tak skomplikowanego jak przekładnie tworzone przed Bulstrode'ów. Z tym, na całe szczęście, mierzyć się jednak nie będą musieli.
Zerknął na znajdujący się na nadgarstku zegarek. Odczytał godzinę, po czym trzymaną przez cały czas w ręku monetę rzucił w kierunku Anthony'ego. Bez jakichkolwiek wyjaśnień. Kiedy obydwie ręce miał wolne, sięgnął wreszcie po szatę, zasłonił twarz stalową maską. Podobną, ale nie identyczną względem tej, którą posiadał Anthony. Zdobienia różniły się od siebie.
- Mamy jeszcze dwie minuty. - poinformował chłopaka. Domyślił się? Albo może schował monetę do kieszeni? Jeśli to drugie, musiał ją wyciągnąć. - Przygotuj się.
Podszedł do Borgina, również chcąc dotknąć przygotowanego świstoklika. Przemieszczanie się z pomocą tego przedmiotu było dużo bardziej komfortowe od teleportacji. Do tego również znacznie bezpieczniejsze. Człowiek nie ryzykował rozszczepieniem. Nie musiał obawiać się też tego, że wyląduje dwie ulice dalej, zapewne na przeciwko jakiegoś brygadzisty albo aurora. Ot, taka tam złośliwość losu.
Wreszcie otaczająca ich rzeczywistość zaczęła rozmywać się. W asyście niezbyt przyjemnego uczucia, które można porównać do złapania, następnie ciągnięcia skóry oraz narządów w okolicy pępka, przenieśli się na obrzeża doliny. Wylądowali kilka minut od miejsca, w którym mieszkał Multon. Na uboczu. Pozostało tylko dotrzeć do celu. Zanim jednak ruszą we właściwym kierunku, muszą dojść do siebie. Robert musiał dojść do siebie. Odsunąwszy się od Anthony'ego, pochylił się nieznacznie, czekając aż nieprzyjemne odczucia ustąpią. Przeminą.