08.01.2024, 23:50 ✶
Trochę ogłuszona, osłabiona, zbłąkana, ze strzępkiem zwodniczej pieśni przyklejonym nieopatrznie do twarzy, zerknęła na niego z zaciekawieniem.
– Oj, myślałam, że się lubimy.
Powiedziała z wyczuwalnym zawodem w głosie; zabrzmiała naturalnie, nawet nie prześmiewczo, ale przez źrenice przetaczały się wszystkie żywioły i równie dobrze mogłaby się rozpłakać i na niego nawrzeszczeć, całkiem zgodnie z biosferą swojej zgniłej duszy.
– Przecież tyle nas łączy...
Świadomość własnej natury była gorzką pastylką, którą usilnie od wielu lat przetrzymywała pod dnem języka - nie rozpuszczała się, w zamian za to jedynie marszcząc jej zmysły cierpkim, przenikliwym posmakiem, drapiącym aż po sam przełyk. Niekiedy zastanawiała się, czy byłaby równie złym człowiekiem - czy byłaby równie złym człowiekiem, gdyby przez jej żyły nie przechodziła sztormem wzburzona, demoniczna i zepsuta krew, czy byłaby równie złym człowiekiem, gdyby nie odziedziczyła wielu cech swojej matki, gdyby nie przekazała jej nieludzkiego, nasączonego przekleństwem obłudy pochodzenia.
Zabij.
Pamiętasz co zrobiłaś z Donaldem?
Przecież nikt by po tym gówniarzu tutaj nie płakał...
Rozbudzony Salazar przebąkiwał to, echując w gęstej dolinie jej myśli. Była zlepkiem dwóch różnych natur, skundloną, nieprzyjemną mieszanką, w której nadal, wyraźnie, odznaczał się wykrzyknikiem zwodniczy, gnijący w kłamstwach charakter.
Nie reagowała na sylwetkę zmierzającą ku niej; nie reagowała nawet na łapę zakleszczającą się na jej chudym, lichym nadgarstku.
Jak kukła bez wewnętrznej mocy i siły, poddana oraz uległa.
Gdy zaś tylko się nachylał, przymknęła spokojnie oczy niczym niewinna dzierlatka przed pierwszym, wyczekiwanym pocałunkiem; w tej batalii cieni mogłaby i za taką nawet uchodzić, za uległą i niewinną dziewczynę, przestraszoną sarnę, która oczekiwała swojego losu z sercem na dłoni.
Nawet nie drgnęła na groźbę wymierzanego w nią plaskacza; wszak w jej kręgach plaskaczem i splunięciem w mordę się ze sobą witano. Ale miał jej towar; jakże ciężko przychodziło jej nie świdrowanie go utęsknionym, żarłocznym spojrzeniem.
— Brukać — parsknęła szczerze rozbawiona — i kto tu z chuja spadł? Udajesz, że nie wiesz co twoja siostra robi tu z moim szwagrem każdego wieczora? Moje prochy to tylko dziecięce zabawki w porównaniu do ich zabawek.
Przyjęcie swego dziedzictwa było przyjęciem wszystkich, powiązanych z nim cech, było akceptacją zepsucia i moralności giętkiej jak przetrzymany w roztworze octowym szkielet. Nie znała przecież Louvaina i nie wiedziała co dokładnie targało jego duszą, tudzież jej szczątkami...wiedziała jednakże, że buńczuczny gniew skądś się brał i gdzieś posiadał swą genezę. Coś tam się tliło na ołtarzu plugawych myśli, coś się próbowało zebrać i utworzyć jedną, absolutną całość, ale przecież mózg przeżerał jej głód.
Jeszcze nie wiedziała.
— W czym ci takim przeszkodziłam, co?
Oczy zmrużyła badawczo, usta układając do poufnego szeptu. Tak jakby nieudolnie próbowała zdobyć zaufanie małego chłopca, który nie chciał wyjawić swojej mamie co właśnie przeskrobał.
– Oj, myślałam, że się lubimy.
Powiedziała z wyczuwalnym zawodem w głosie; zabrzmiała naturalnie, nawet nie prześmiewczo, ale przez źrenice przetaczały się wszystkie żywioły i równie dobrze mogłaby się rozpłakać i na niego nawrzeszczeć, całkiem zgodnie z biosferą swojej zgniłej duszy.
– Przecież tyle nas łączy...
Świadomość własnej natury była gorzką pastylką, którą usilnie od wielu lat przetrzymywała pod dnem języka - nie rozpuszczała się, w zamian za to jedynie marszcząc jej zmysły cierpkim, przenikliwym posmakiem, drapiącym aż po sam przełyk. Niekiedy zastanawiała się, czy byłaby równie złym człowiekiem - czy byłaby równie złym człowiekiem, gdyby przez jej żyły nie przechodziła sztormem wzburzona, demoniczna i zepsuta krew, czy byłaby równie złym człowiekiem, gdyby nie odziedziczyła wielu cech swojej matki, gdyby nie przekazała jej nieludzkiego, nasączonego przekleństwem obłudy pochodzenia.
Zabij.
Pamiętasz co zrobiłaś z Donaldem?
Przecież nikt by po tym gówniarzu tutaj nie płakał...
Rozbudzony Salazar przebąkiwał to, echując w gęstej dolinie jej myśli. Była zlepkiem dwóch różnych natur, skundloną, nieprzyjemną mieszanką, w której nadal, wyraźnie, odznaczał się wykrzyknikiem zwodniczy, gnijący w kłamstwach charakter.
Nie reagowała na sylwetkę zmierzającą ku niej; nie reagowała nawet na łapę zakleszczającą się na jej chudym, lichym nadgarstku.
Jak kukła bez wewnętrznej mocy i siły, poddana oraz uległa.
Gdy zaś tylko się nachylał, przymknęła spokojnie oczy niczym niewinna dzierlatka przed pierwszym, wyczekiwanym pocałunkiem; w tej batalii cieni mogłaby i za taką nawet uchodzić, za uległą i niewinną dziewczynę, przestraszoną sarnę, która oczekiwała swojego losu z sercem na dłoni.
Nawet nie drgnęła na groźbę wymierzanego w nią plaskacza; wszak w jej kręgach plaskaczem i splunięciem w mordę się ze sobą witano. Ale miał jej towar; jakże ciężko przychodziło jej nie świdrowanie go utęsknionym, żarłocznym spojrzeniem.
— Brukać — parsknęła szczerze rozbawiona — i kto tu z chuja spadł? Udajesz, że nie wiesz co twoja siostra robi tu z moim szwagrem każdego wieczora? Moje prochy to tylko dziecięce zabawki w porównaniu do ich zabawek.
Przyjęcie swego dziedzictwa było przyjęciem wszystkich, powiązanych z nim cech, było akceptacją zepsucia i moralności giętkiej jak przetrzymany w roztworze octowym szkielet. Nie znała przecież Louvaina i nie wiedziała co dokładnie targało jego duszą, tudzież jej szczątkami...wiedziała jednakże, że buńczuczny gniew skądś się brał i gdzieś posiadał swą genezę. Coś tam się tliło na ołtarzu plugawych myśli, coś się próbowało zebrać i utworzyć jedną, absolutną całość, ale przecież mózg przeżerał jej głód.
Jeszcze nie wiedziała.
— W czym ci takim przeszkodziłam, co?
Oczy zmrużyła badawczo, usta układając do poufnego szeptu. Tak jakby nieudolnie próbowała zdobyć zaufanie małego chłopca, który nie chciał wyjawić swojej mamie co właśnie przeskrobał.
Chwasty trzeba wyrywać.