10.01.2024, 01:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.01.2024, 01:58 przez Diana Mulciber.)
Stanąwszy w mroku pozornego odosobnienia wolnej ściany, obserwowała od niechcenia pęczniejące otoczenie. Ciemny, nieprzejaśniony gwiazdami nadziei granat, okrył ją nagle i otaczał jak nałożony klosz; gdzieś tam daleko, za londyńskim gwarem, noc wielokrotnie stawała się cmentarzyskiem, ponurym, ślepym spojrzeniem cieni omiatającym zetknięcia narodzone raptownie, z równym, bezlitosnym rozmachem opadające w nicość.
Ale nie tutaj, nie tuż pod adresem demona neonów.
Poczuła na szyi mokry pocałunek bezimiennego kochanka. Niedroga, uproszczona namiętność – jak towar, jak najzwyklejsza używka, z łatwością napływająca do chciwych, spragnionych dotyku rąk. Większość rozgrywających się chwil, chwil pod osłoną nocy, żyjących jednym, ulotnym zlepkiem oddechów, była wykorzeniona z choćby wątłej wartości. Twarze. wyłuskane z wnętrz barów, kawiarni, z barwnych, tętniących gwarem klubów, stawały się sprowadzone, zawsze, w esencję banałów pragnień, w cielesną treść pożądania, która, ilekroć, gdy znajdowała swoją przystań spełnienia, tężała rychło w znużeniu.
Bezimienny westchnął, szepnąwszy jakąś denną kliszę do jej ucha, na którą mogła jedynie pół uśmiechnąć się sacharynowo, bo na nic więcej nie było jej stać. Kalejdoskop podobnych, monotonnych miłostek, mienił się wtedy w wyobraźni, napierał na mury czaszki. Mrowił. Ale nie podpalał wewnętrznego ognia. Po prostu istniał.
Wtedy też ujrzała jego – Jima. Po prostu Jima, zjawę wyszarpaną z mętnego bagna jej świadomości, która niczym hitchkokowski rekwizyt albo deus ex machina, zsyłany był przez niematerialną opatrzność, w którą zresztą nie wierzyła.
Wierzyła tylko w światło i jego migotki, ale nie te wspaniałomyślne, ponadmagiczne, o których prawił czasem Jim.
Światło, to jej światełko, które łykała, wciągała i wpuszczała w żyły, jemu była wierna i oddana, ale teraz, w tym prawdziwym, ale i nie do końca realnym, momencie jej światełkiem mógł również stać się sam Jim.
– Dobra, spierdalaj stąd na chwilę, dobra? – miała rzucić do towarzysza, nie zwróciwszy się nawet w jego stronę... ale tego ostatecznie nie uczyniła.
Hm. Dlaczego?
Czyżby chciała, żeby widział?
– Zaraz będę. – Oznajmiła zamiast tego, napinając mięśnie i podskakując na barierkę, od której się oczywiście odbiła.
Rozejrzała się po alei, niepewna i stropiona, iż ktoś miałby ujrzeć jej żałosną porażkę. Zobaczyła pół tuzina prawie identycznych frontonów hoteli, rząd riksz, rozmazane w mżawce spojrzenia neony sklepików. I ludzi, mnóstwo ludzi, niczym w centrum Nowego Jorku, który zwiedziła niedawno z Lorettą, ale każdy z nich ubrany ostro, każdy miał dokąd iść. Ach... oraz tłum napierający na ochronę klubu, w którym przyszło jej się bawić. Ludzik za ludzikiem zaangażowani w przepychankową grę bez widocznych zasad oraz składni; dużo okrzyków i oddechów frustracji, których nie dane jej było odszyfrować.
Z tysięcznej armii pytań mogła wyłowić każde pytanie; dlaczego się tu zjawiłeś? Co się dzieje? Kim jesteście. Ale przecież od dawna nie egzystowała w namacalnym świecie, była już tylko afrytem w fizycznym naczyniu, kruchym i porysowanym, od dawna nie pielęgnowanym. Może dlatego całkiem dobrze jej się żyło, zmartwienia dobijały do wrót świadomości tylko gdy ciałem wstrząsały dreszcze trzeźwości, całkiem paskudne i uciążliwe.
Ujrzała krzyż dzierżony przez drżące ręce; ale nie zezowała na drewniany przedmiot, wyłącznie na oblicze skażone emocją absolutnej bojaźni, larum uniesienia. Tkwiąc w tym bulgoczącym kotle zawieruchy, pośród krzyków bijatyki, jej oczy skupione były wyłącznie na nim, na światełku, iskrzącym się i urokliwym.
A przecież jako córka jubilera, do błyskotek posiadała niemożebną słabość.
– Cześć… Jim. Potowarzyszysz mi dzisiejszej nocy?
I uśmiechnęła się do niego szeroko, pięknie, wcale nie tak jakby jej intencje nie splugawione były szubrawą myślą. Rękę, stanowczą i dziarską, wysunęła ku niemu. Bo tę boską, jasną aurę chciała zerwać łapczywie niczym perły z szyi dziewiczej arystokratki.
Przywdziać, zachować dla siebie.
Ale nie tutaj, nie tuż pod adresem demona neonów.
Poczuła na szyi mokry pocałunek bezimiennego kochanka. Niedroga, uproszczona namiętność – jak towar, jak najzwyklejsza używka, z łatwością napływająca do chciwych, spragnionych dotyku rąk. Większość rozgrywających się chwil, chwil pod osłoną nocy, żyjących jednym, ulotnym zlepkiem oddechów, była wykorzeniona z choćby wątłej wartości. Twarze. wyłuskane z wnętrz barów, kawiarni, z barwnych, tętniących gwarem klubów, stawały się sprowadzone, zawsze, w esencję banałów pragnień, w cielesną treść pożądania, która, ilekroć, gdy znajdowała swoją przystań spełnienia, tężała rychło w znużeniu.
Bezimienny westchnął, szepnąwszy jakąś denną kliszę do jej ucha, na którą mogła jedynie pół uśmiechnąć się sacharynowo, bo na nic więcej nie było jej stać. Kalejdoskop podobnych, monotonnych miłostek, mienił się wtedy w wyobraźni, napierał na mury czaszki. Mrowił. Ale nie podpalał wewnętrznego ognia. Po prostu istniał.
Wtedy też ujrzała jego – Jima. Po prostu Jima, zjawę wyszarpaną z mętnego bagna jej świadomości, która niczym hitchkokowski rekwizyt albo deus ex machina, zsyłany był przez niematerialną opatrzność, w którą zresztą nie wierzyła.
Wierzyła tylko w światło i jego migotki, ale nie te wspaniałomyślne, ponadmagiczne, o których prawił czasem Jim.
Światło, to jej światełko, które łykała, wciągała i wpuszczała w żyły, jemu była wierna i oddana, ale teraz, w tym prawdziwym, ale i nie do końca realnym, momencie jej światełkiem mógł również stać się sam Jim.
– Dobra, spierdalaj stąd na chwilę, dobra? – miała rzucić do towarzysza, nie zwróciwszy się nawet w jego stronę... ale tego ostatecznie nie uczyniła.
Hm. Dlaczego?
Czyżby chciała, żeby widział?
– Zaraz będę. – Oznajmiła zamiast tego, napinając mięśnie i podskakując na barierkę, od której się oczywiście odbiła.
Rozejrzała się po alei, niepewna i stropiona, iż ktoś miałby ujrzeć jej żałosną porażkę. Zobaczyła pół tuzina prawie identycznych frontonów hoteli, rząd riksz, rozmazane w mżawce spojrzenia neony sklepików. I ludzi, mnóstwo ludzi, niczym w centrum Nowego Jorku, który zwiedziła niedawno z Lorettą, ale każdy z nich ubrany ostro, każdy miał dokąd iść. Ach... oraz tłum napierający na ochronę klubu, w którym przyszło jej się bawić. Ludzik za ludzikiem zaangażowani w przepychankową grę bez widocznych zasad oraz składni; dużo okrzyków i oddechów frustracji, których nie dane jej było odszyfrować.
Z tysięcznej armii pytań mogła wyłowić każde pytanie; dlaczego się tu zjawiłeś? Co się dzieje? Kim jesteście. Ale przecież od dawna nie egzystowała w namacalnym świecie, była już tylko afrytem w fizycznym naczyniu, kruchym i porysowanym, od dawna nie pielęgnowanym. Może dlatego całkiem dobrze jej się żyło, zmartwienia dobijały do wrót świadomości tylko gdy ciałem wstrząsały dreszcze trzeźwości, całkiem paskudne i uciążliwe.
Ujrzała krzyż dzierżony przez drżące ręce; ale nie zezowała na drewniany przedmiot, wyłącznie na oblicze skażone emocją absolutnej bojaźni, larum uniesienia. Tkwiąc w tym bulgoczącym kotle zawieruchy, pośród krzyków bijatyki, jej oczy skupione były wyłącznie na nim, na światełku, iskrzącym się i urokliwym.
A przecież jako córka jubilera, do błyskotek posiadała niemożebną słabość.
– Cześć… Jim. Potowarzyszysz mi dzisiejszej nocy?
I uśmiechnęła się do niego szeroko, pięknie, wcale nie tak jakby jej intencje nie splugawione były szubrawą myślą. Rękę, stanowczą i dziarską, wysunęła ku niemu. Bo tę boską, jasną aurę chciała zerwać łapczywie niczym perły z szyi dziewiczej arystokratki.
Przywdziać, zachować dla siebie.
Chwasty trzeba wyrywać.