Abstrakcja. Jedno słowo, które – o dziwo - było w staniej dość dokładnie objąć to, co miało miejsce właśnie teraz, w tym konkretnym miejscu. Niby rozumiał, ale zarazem jakby nie do końca to do niego docierało. Czy to faktycznie się wydarzyło? Czy ktoś z jego bliskich rzeczywiście wpadł na taki pomysł? Theon kompletnie się tego nie spodziewał. Na coś takiego nie był przygotowany.
Czy na to w ogóle dało się przygotować?
Idąc obok znajomej-nieznajomej blondynki, był dość milczący. Zachowanie nie było dla niego typowe. Zazwyczaj do powiedzenia miał sporo. Niekoniecznie gryzł się w język, niekoniecznie się hamował. Nie widział takiej potrzeby. Nie odczuwał jej. Teraz jednak… cóż, nadal nosił nazwisko Travers, więc bezpieczniej było założyć, iż to co Cynthia mogła obserwować, stanowiło nie mniej i nie więcej, a ciszę poprzedzającą burze.
Albo może raczej – huragan?
Przemierzając ogród, oddalając się coraz bardziej od murów rodzinnej posiadłości, pozwolił sobie sięgnąć po wiernego towarzysza, którym była paczka fajek. Wygrzebał też z kieszeni zapalniczkę. Potrzeba zapalenia papierosa była w tej chwili na tyle silna, że nawet nie zapytał towarzyszącej mu blondynki o zgodę. Nie pomyślał o tym. Po prostu to zrobił.
Kogoś kto Theona znał, nie powinno to jednak zaskoczyć.
- Babka stara się o niego dbać. – zareagował na słowa dziewczyny. Jemu samemu cisza niekoniecznie przeszkadzała. Chyba nie był jeszcze gotowy na rozmowę. Z drugiej strony, czy bardziej odpowiedni moment do omówienia tematu faktycznie nastąpi? Ktoś taki jak Theon mógłby go wypatrywać w zasadzie w nieskończoność. Znajdując raz za razem argumenty przemawiające za tym, aby sprawę odłożyć na później. Przesunąć w czasie.
Ogród mógł robić wrażenie, podobnie jak cała rodzinna posiadłość Traversów. Zwłaszcza dla kogoś, kto do tego widoku nie był przyzwyczajony. Na Theonie dawno temu całość przestała robić wrażenie. O ile to wrażenie robiła kiedykolwiek. Ciężko było stwierdzić. Zwłaszcza w sposób jednoznaczny. Nie pozostawiający miejsca na choćby niewielkie wątpliwości. Nie bez znaczenia było to, że się w tym miejscu wychował. Znał je równie dobrze jak własną kieszeń. Dzięki temu dobrze wiedział, dokąd powinni się z Cynthią udać, jeśli zależało im na choćby odrobinie prywatności.
Na zniknięciu z radaru tych, którzy próbowali im układać życie.
- Biznesem? – w pierwszej chwili pozwolił, żeby pytanie zbiło go z tropu. Zaraz sobie jednak przypomniał, że przecież w ten sposób rodzina tłumaczyła ostatnimi czasy jego nieobecność. Theon był potrzebny. Musiał zająć się rodzinnymi sprawami. Wiedział o tym, zdawał sobie z tego sprawę, ale do tej wersji wydarzeń nie zdążył nadal przywyknąć.
Być może wynikało po części z tego, że nie potrafił wyobrazić sobie samego siebie w takiej roli.
- Jak skręcimy w tą alejkę, będziemy mogli schować się w ogrodowej altanie. Kilka minut drogi, ale nikt nie powinien nam tam przeszkadzać. – zamiast podjąć temat, zaproponował w pierwszej kolejności coś na kształt krótkiej wycieczki. Nie zamierzał przy tym wyprowadzać Cynthii poza teren posiadłości. Jedynie oddalić się od budynku oraz wścibskich oczu, które niewątpliwie ich śledziły. Bardziej ustronne miejsce powinno pozwolić im na więcej swobody.
Niezależnie od tego czy dziewczyna przystała na tą propozycję, przez kilka kolejnych chwil milczał, starając się wszystko poukładać sobie w głowie. Może nawet blondynka zdążyła już założyć, że tak będzie wyglądało ich spotkanie, że odpowiedzi się nie doczeka?
- To było chwilowe. Delilah, moja babka, poznałaś ją chwilę temu, potrzebowała wsparcia przy pewnym projekcie. Wiek i zdrowie nie zawsze pozwalają jej nad wszystkim należycie czuwać. – to ostatnie było kłamstwem, kobieta mimo jakiś… może nawet 80 lat na karku, wyglądała na pełną życia, sił, werwy. W pełni sprawą. - Nadal jestem pracownikiem Ministerstwa Magii. Pracuje w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. – doprecyzował, wskazując na dokładne miejsce pracy. Choć w zasadzie Cynthia powinna była się w tym wszystkim do pewnego stopnia orientować. Często odwiedzał przecież Lycoris, nachodził ją w miejscu pracy. Czasem przeszkadzał, czasem zapewniał nieco oddechu, który potrzebny był każdemu. – Miałaś już nadzieję, że przestanę do was wpadać z kawą?
Bo przecież to robił. Raz, może dwa razy w tygodniu. Zależnie od tego ile miał czasu, na ile mógł sobie pozwolić. Nie zawsze sprawdzał przy tym czy Cynthia się akurat ewakuowała. Zajęła się czymś innym, w innym miejscu. Jemu jej obecność nie przeszkadzała. A jeśli Flint miała na to inne spojrzenie… to cóż, tak to już bywa.