21.01.2024, 19:39 ✶
Żar lał się z nieba, jaskrawe kolory odbijały się w południowym słońcu w ten nieprzyjemny sposób, który zmuszał Perseusa do mrużenia powiek pomimo tego, że na jego nosie znajdowały się eleganckie okrągłe okulary przeciwsłoneczne (być może elegancja nie szła w parze z praktycznością), zaś panujący wokół gwar przytępiał zmysły i nie pozwalał usłyszeć własnych myśli. Na domiar złego odziany był w czerń; czuł, jak bawełniana koszula, niby lekka i przewiewna, powoli zaczynała przywierać do jego ciała w ten gryzący, nieprzyjemny sposób, usta zrobiły się spierzchłe i domagały się wody, a w głowie nieprzyjemnie mu się kręciło. Potrzebował schronienia przed słońcem, szklanki chłodnej lemoniady i zimnego prysznica. Kiedy więc tylko wyszedł z kowenu przy Charing Cross Road - a był tam po to, by zarezerwować datę ślubu, a sama ta krótka wizyta pośród chłodnych murów nie wystarczyła, by przynieść mu ukojenie w ten upadł - postanowił nieco skrócić drogę i przejść przez cyrkowy namiot Bellów. Przecież wszyscy tak robili!
Plan był dobry i dziecinnie prosty, ale jak to Perseus miał w zwyczaju, po drodze musiał wszystko spektakularnie zepsuć. Tak naprawdę, to wielką zagadką pozostawało to, w jaki sposób ten człowiek wiązał sobie sznurowadła. A może wcale nie wiązał? Może miał buty na rzepy transmutowane tak, by wyglądały na eleganckie sznurowane lakierki?
Pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak, była woda pluskająca pod jego stopami i laską. Nim jednak zdążył skomentować to skonsternowanym hmm, poczuł, że traci równowagę. Och nie, zdążył pomyśleć i zamknął oczy. Spodziewał się upadku, bezpośredniego i bardzo nieprzyjemnego spotkania z twardym podłożem, ale jedyną twardą rzeczą, z jaką zetknął się Black, był męski tors. Przełknął ślinę, podnosząc głowę do góry. Cofnął się natychmiast, jakby bliskość olbrzyma - albo półolbrzyma, sądząc po jego gabarytach, choć to wcale nie poprawiało jego sytuacji - była czymś mierzącym. Z pewnością była niewłaściwa, o czym świadczyły jego spąsowiałe policzki.
— Cóż za faux pas! Najmocniej pana przepraszam, pomyliłem namioty... Proszę... proszę przyjąć moje najszczersze przeprosiny — rzekł spokojnie, starając się wycofać, krok po kroku, zaraz też odwrócił się na pięcie gotów oddalić się z tego miejsca tak szybko, jak pozwoli mu schorowana noga, lecz wtedy, zupełnie niespodziewanie, wyrósł przed nim inny mężczyzna. Perseus na moment wstrzymał oddech. Nie z powodu noża, który ten trzymał - na ostrze zwrócił uwagę dopiero po chwili. Nie spodziewał się spotkać byłego kochanka; nie w tych okolicznościach, nie w tym momencie jego życia. Zdawało się, że Crow się nie zmienił. To znaczy był starszy, czas również odcisnął swoje piętno na jego twarzy, choć wcale nie ujmowało mu to atrakcyjności, jego skóra wydawała się zdrowsza i nieco ciemniejsza niż zapamiętał, a poza tym, chyba miał mniej tatuaży, kiedy po raz ostatni się widzieli. Poza tym, był wciąż tym samym człowiekiem z szelmowskim błyskiem w oczach, czarnymi lokami opadającymi na czoło i piękną twarzą, na którą mógłby patrzeć godzinami. A Perseus? Wyglądał poważniej i spokojniej, jak na dżentelmena z dobrego rodu przystawało. Nowością była laska, którą się podpierał, choć nie powinna wydawać się Crowowi niczym dziwnym - przed pięcioma laty zwierzył mu się z choroby, gdy leżeli zaplątani w pościeli.
— Crow! — zwrócił się do niego z serdecznym uśmiechem, jakby witał starego przyjaciela (choć okoliczności, w jakich ich drogi się rozeszły, ciężko nazwać przyjaznymi), wodząc wzrokiem po jego sylwetce znad przyciemnionych szkieł. Nazywał go Crow, bo przecież nie wiedział, że teraz nosi zupełnie inne miano — Nie szukam kłopotów. Czy wybaczysz mi to małe nieporozumienie, jeśli postawię wam kolejkę, albo i dziesięć?
Starał się brzmieć pewnie, ale jeśli Crow-Edge zadał sobie tyle trudu, by go zapamiętać, łatwo mógł odgadnąć, że to tylko gra pozorów. Zdradzał go sposób, w jaki zaciskał palce na trzonku laski (podczas ich krótkiej, lecz bardzo intensywnej znajomości w podobny sposób chwytał inne przedmioty, gdy był zestresowany) oraz oczy, głębokie i smutne, pozbawione blasku. Jednej rzeczy na pewno im zazdrościł - tych ręczników na biodrach i chłodnych kropel spływających po nagiej skórze.
@The Edge @The Berg
Plan był dobry i dziecinnie prosty, ale jak to Perseus miał w zwyczaju, po drodze musiał wszystko spektakularnie zepsuć. Tak naprawdę, to wielką zagadką pozostawało to, w jaki sposób ten człowiek wiązał sobie sznurowadła. A może wcale nie wiązał? Może miał buty na rzepy transmutowane tak, by wyglądały na eleganckie sznurowane lakierki?
Pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak, była woda pluskająca pod jego stopami i laską. Nim jednak zdążył skomentować to skonsternowanym hmm, poczuł, że traci równowagę. Och nie, zdążył pomyśleć i zamknął oczy. Spodziewał się upadku, bezpośredniego i bardzo nieprzyjemnego spotkania z twardym podłożem, ale jedyną twardą rzeczą, z jaką zetknął się Black, był męski tors. Przełknął ślinę, podnosząc głowę do góry. Cofnął się natychmiast, jakby bliskość olbrzyma - albo półolbrzyma, sądząc po jego gabarytach, choć to wcale nie poprawiało jego sytuacji - była czymś mierzącym. Z pewnością była niewłaściwa, o czym świadczyły jego spąsowiałe policzki.
— Cóż za faux pas! Najmocniej pana przepraszam, pomyliłem namioty... Proszę... proszę przyjąć moje najszczersze przeprosiny — rzekł spokojnie, starając się wycofać, krok po kroku, zaraz też odwrócił się na pięcie gotów oddalić się z tego miejsca tak szybko, jak pozwoli mu schorowana noga, lecz wtedy, zupełnie niespodziewanie, wyrósł przed nim inny mężczyzna. Perseus na moment wstrzymał oddech. Nie z powodu noża, który ten trzymał - na ostrze zwrócił uwagę dopiero po chwili. Nie spodziewał się spotkać byłego kochanka; nie w tych okolicznościach, nie w tym momencie jego życia. Zdawało się, że Crow się nie zmienił. To znaczy był starszy, czas również odcisnął swoje piętno na jego twarzy, choć wcale nie ujmowało mu to atrakcyjności, jego skóra wydawała się zdrowsza i nieco ciemniejsza niż zapamiętał, a poza tym, chyba miał mniej tatuaży, kiedy po raz ostatni się widzieli. Poza tym, był wciąż tym samym człowiekiem z szelmowskim błyskiem w oczach, czarnymi lokami opadającymi na czoło i piękną twarzą, na którą mógłby patrzeć godzinami. A Perseus? Wyglądał poważniej i spokojniej, jak na dżentelmena z dobrego rodu przystawało. Nowością była laska, którą się podpierał, choć nie powinna wydawać się Crowowi niczym dziwnym - przed pięcioma laty zwierzył mu się z choroby, gdy leżeli zaplątani w pościeli.
— Crow! — zwrócił się do niego z serdecznym uśmiechem, jakby witał starego przyjaciela (choć okoliczności, w jakich ich drogi się rozeszły, ciężko nazwać przyjaznymi), wodząc wzrokiem po jego sylwetce znad przyciemnionych szkieł. Nazywał go Crow, bo przecież nie wiedział, że teraz nosi zupełnie inne miano — Nie szukam kłopotów. Czy wybaczysz mi to małe nieporozumienie, jeśli postawię wam kolejkę, albo i dziesięć?
Starał się brzmieć pewnie, ale jeśli Crow-Edge zadał sobie tyle trudu, by go zapamiętać, łatwo mógł odgadnąć, że to tylko gra pozorów. Zdradzał go sposób, w jaki zaciskał palce na trzonku laski (podczas ich krótkiej, lecz bardzo intensywnej znajomości w podobny sposób chwytał inne przedmioty, gdy był zestresowany) oraz oczy, głębokie i smutne, pozbawione blasku. Jednej rzeczy na pewno im zazdrościł - tych ręczników na biodrach i chłodnych kropel spływających po nagiej skórze.
@The Edge @The Berg
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory