Miał wątpliwą przyjemność spotkać się z Chesterem. Krótko po tym jak wrócił do stolicy, Rookwood zaszczycił go swoją niezapowiedzianą wizytą. A także licznymi pretensjami oraz groźbami. To ostatnie Roberta nie tylko mocno zirytowało, ale też wzbudziło w nim pewne wątpliwości. Dlaczego auror zareagował tak ostro? Dlaczego zachowywał się w ten sposób? Miał swoje podejrzenia, być może przy pomocy Stanleya uda mu się pewne rzeczy potwierdzić.
Do tego jednak zamierzał wrócić później.
- W takim razie, Stanley, moje wyrazy uznania. Spadło na Ciebie najtrudniejsze zadanie, ale dałeś radę je wykonać. – Robert był jaki był, ale dobrze wykonaną prace zawsze odpowiednio doceniał. Stanley ze swojego zadania się wywiązał, więc zasługiwał na to, aby zwrócić na ten fakt uwagę. Zwłaszcza w obecnej sytuacji, kiedy potrzebował mieć syna po swojej stronie. Było to coś, czego ledwie 2 miesiące wcześniej kompletnie się nie spodziewał. Takie jednak bywało życie. Raz byłeś na wozie, raz pod wozem, a czasami byłeś biegłeś za nim, licząc że jakimś cudem dasz radę dotrwać do końca tej podróży. Trzeba było to zaakceptować, bo zmienić… zmienić tego najpewniej się na dało.
- Staram się wszystko na ten temat nadrobić, ale okoliczności… powiedzmy, że niekoniecznie są na ten moment sprzyjające. – postanowił grać w otwarte karty. Mógłby spróbować Stanleya okłamać, ale ten był na miejscu, pracował w Ministerstwie. To nie miało sensu. Wolał więc darować sobie tego rodzaju zagrywki. Miał na to dość rozumu. - Postawie sprawę jasno. Wróciłem, ale moja rola się zmieniła. Mistrz nie był zadowolony z mojej… niesubordynacji. – pozwolił sobie na chwilę przerwać, zaciągnąć się papierosem, skupić się na tej jednej czynności. Przy okazji zbierał też myśli. – Nie znaczy to, że zamierzam się całkowicie usunąć od tego momentu w cień. Moim planem jest, powiedzmy… odbudowa pozycji. – strzepnął nieco popiołu do szklanki. Nie chciał zapaskudzić biurka tym, co pozostawił po sobie papieros. Dobrze, że mieli tą prowizoryczną popielniczkę, nawet jeśli szklanka niekoniecznie w tym celu została stworzona. Inne było jej przeznaczenie. – Nadal działam. Jeśli będziesz zainteresowany współpracą, gwarantuje że na tym nie stracisz. Możesz natomiast wiele zyskać.
Czy faktycznie był mu w stanie cokolwiek zagwarantować? Tak uważał. Tkwił w tym od początku. Czarnego Pana pamiętał jeszcze jako tego niepozornego dzieciaka, z którym był na jednym roku w Hogwarcie. Widział jak Tom stopniowo zmieniał się w tego człowieka, którym był dzisiaj. To zaś, tak przynajmniej Robert uważał, zapewniało mu przewagę, której z całą pewnością nie mógł posiadać Chester Rookwood. I nie miało w tym przypadku znaczenia to, że Czarny Pan mieszkał od dłuższego czasu w jego rodzinnej posiadłości…