23.01.2024, 01:44 ✶
– Spaliłem kiedyś kościół.
Pamiętała rozświetlenie błogo roznoszące się po ciele, uczucie które jakże rzadko utrwalało się pod klatką, na pewno nie bez tych swoich światełek, ekstremów patologii, doznań. Rozświetlenie przejaśniło paskudność momentu, w którym przyszło jej się stawić – kolejny odwyk, tym razem anonsowany na stronach gazet, kolejna porażka.
Bardzo głośna, bardzo widoczna porażka.
Zmoczona jak wiosenna kukła, gwałtem (!! przecież była tak delikatna) wrzucona do zimnej celi. I zostawiona tak na gnicie, bo przecież nie kwitnięcie, nie była jakimś grzybem, żeby rosnąć w lochach, bez słońca, powietrza. Alkoholu.
Cholera – naprawdę nie chciała niczego podpalać. Tak jakoś wyszło.
Ale był też on, po prostu Jim, nieznajomy rodem wyrwany z jej podświadomości, tudzież mokrego snu-tworu wyśnionego ciemną nocą po intensywnej sesji czytania pikantnych harlekinów. To jest, póki się nie odzywał, bo przez pierwsze pół godziny zdawał się do niej przemawiać nieznanym szyfrem, którego nie pojmowała i to wcale nie dlatego, że po stresie przemijającego dnia, bardzo, ale to bardzo chciała sobie ulżyć. Ratował ją tylko papierosek. Kochany, najdroższy papierosek.
Słuchała go dalej, w zaintrygowaniu i widmem uśmiechu tańczącym po weselejących wargach. Coś tam zaczynało mieć sens. Coś się przejaśniało. Och, miała to.
Szlama.
Pomyślała wtedy, zezując po twarzy dorosłego cheruba i wyjątkowo żałowała, że dzielą ich metale krat. Zaśmiała się pod nosem, odpalając mu papierosa.
Wróciła myślami do teraźniejszości. Do kotła zawieruchy, którym ktoś agresywnie potrząsał, do niego wrzeszczał i przy okazji, dla przyprawienia, splunął raz, czy dwa.
– A co to jest ta dusza?
Denerwowało ją to rozjuszenie. Starała się nie unosić złością, choć ta majaczyła na horyzoncie ostrzegawczo, czujnie wodząc za słowami Jima. Jego niski, gładki jak zahartowana czekolada, głos działał jednak paliatywnie, stępiając kły wzburzenia tak skutecznie, że nie mogła się otwarcie wobec oskarżeń obruszyć. Nie zdradzała jednakże przy tym tkliwości nerwów, w jakie uderzył.
Zgrubiała, szorstka, dłoń, w której ginęła jej własna, opierała się teraz o drewniany krzyż, którym Jim jeszcze przed chwilą wojował. Czy posiadał właściwości magiczne?
Znowu to samo... pomyślała, starając się nie przewracać oczyma i nie skupiać się na jego głupotkach - a nuż zaraz przebudzi się Salazar i zacznie wyć do jej głowy, żeby typa zadźgała tym krzyżykiem. A ona nie chciała Jimowi takich rzeczy robić...
Chciała wkradać się w surowy, chłodny błękit spojrzenia, rozcieńczać go iskrą nieznanego dotąd uczucia, emocji fal wzbierających ponad gładką dotąd taflą oceanu tęczówek. Chciała poczuć na ciele jego silny uścisk, niepewne palce cieniujące cienką krę jej skóry; zanurzać się w jego ciele i słuchać jego słodkiego, niepowstrzymanego mruczenia, jakie z pewnością mogła od niego wyczerpać.
Westchnęła ciężko, dramatycznie, gibając się na nogach, oczy, rozświetlone, nagle nieobecne, zwracając ku niebu. Źrenica ciemnego nieba przypominała czujne, rozwarte ślepia zwierzęcia. Ciężką, duszącą smołę zagrzebanego w kieszeniach oczodołów spojrzenia, które osuwało się, zastygając z toporną, wynaturzoną gracją na kanciastości budynków.
– Słabo mi. Tak mi źle... zabierzesz mnie stąd? Proszę...
Zdawała się teraz licha i anemiczna jak schorowany, przykuty do łóżka pacjent, oddychający płytko i z namacalnym trudem.
Odchyliła głowę gestem wdzięcznie ustępliwym, nadstawiając bladość wysmukłej szyi schorowanej pacjentki, pod sugestię fantazji pieszczoty, przymykając przy tym oczy w transie rzekomego zamroczenia.
To prawda. Mogła i tym razem zapłacić dotkliwą cenę; w żałości, rozczarowaniu, w łzach, oskarżeniach i krzyku; nie krzywdziła z rozmysłem ludzi, lecz krzywdziła ich nieuchronnie, swoją beztroską, chaosem, tak nienawykłym do stabilności relacji. Więc wszystko miało być zabawą? jedynie grą i zabawą, odruchem pełnym zachwytu, bezmyślnym, czystym impulsem, kaskadą westchnień i muśnięć?
Miała słabość do przyjemności, do ludzi pięknych, budzących jej ciekawość, do fascynacji liżącej błogością ciepła tańczące w śródpiersiu serce.
Poddawała się ulotności, zawierzała wątłym zachciankom, gubiła na gorączkowej, rozedrganej przejęciem oraz pożądliwością drodze swój przyszły trop konsekwencji. Czy czasem tego żałowała? Tak czasem. Ale bez tych przyjemności, żyłoby jej się o wiele gorzej.
Może faktycznie byli pod siedliskiem samego Szatana.
Pamiętała rozświetlenie błogo roznoszące się po ciele, uczucie które jakże rzadko utrwalało się pod klatką, na pewno nie bez tych swoich światełek, ekstremów patologii, doznań. Rozświetlenie przejaśniło paskudność momentu, w którym przyszło jej się stawić – kolejny odwyk, tym razem anonsowany na stronach gazet, kolejna porażka.
Bardzo głośna, bardzo widoczna porażka.
Zmoczona jak wiosenna kukła, gwałtem (!! przecież była tak delikatna) wrzucona do zimnej celi. I zostawiona tak na gnicie, bo przecież nie kwitnięcie, nie była jakimś grzybem, żeby rosnąć w lochach, bez słońca, powietrza. Alkoholu.
Cholera – naprawdę nie chciała niczego podpalać. Tak jakoś wyszło.
Ale był też on, po prostu Jim, nieznajomy rodem wyrwany z jej podświadomości, tudzież mokrego snu-tworu wyśnionego ciemną nocą po intensywnej sesji czytania pikantnych harlekinów. To jest, póki się nie odzywał, bo przez pierwsze pół godziny zdawał się do niej przemawiać nieznanym szyfrem, którego nie pojmowała i to wcale nie dlatego, że po stresie przemijającego dnia, bardzo, ale to bardzo chciała sobie ulżyć. Ratował ją tylko papierosek. Kochany, najdroższy papierosek.
Słuchała go dalej, w zaintrygowaniu i widmem uśmiechu tańczącym po weselejących wargach. Coś tam zaczynało mieć sens. Coś się przejaśniało. Och, miała to.
Szlama.
Pomyślała wtedy, zezując po twarzy dorosłego cheruba i wyjątkowo żałowała, że dzielą ich metale krat. Zaśmiała się pod nosem, odpalając mu papierosa.
Wróciła myślami do teraźniejszości. Do kotła zawieruchy, którym ktoś agresywnie potrząsał, do niego wrzeszczał i przy okazji, dla przyprawienia, splunął raz, czy dwa.
– A co to jest ta dusza?
Denerwowało ją to rozjuszenie. Starała się nie unosić złością, choć ta majaczyła na horyzoncie ostrzegawczo, czujnie wodząc za słowami Jima. Jego niski, gładki jak zahartowana czekolada, głos działał jednak paliatywnie, stępiając kły wzburzenia tak skutecznie, że nie mogła się otwarcie wobec oskarżeń obruszyć. Nie zdradzała jednakże przy tym tkliwości nerwów, w jakie uderzył.
Zgrubiała, szorstka, dłoń, w której ginęła jej własna, opierała się teraz o drewniany krzyż, którym Jim jeszcze przed chwilą wojował. Czy posiadał właściwości magiczne?
Znowu to samo... pomyślała, starając się nie przewracać oczyma i nie skupiać się na jego głupotkach - a nuż zaraz przebudzi się Salazar i zacznie wyć do jej głowy, żeby typa zadźgała tym krzyżykiem. A ona nie chciała Jimowi takich rzeczy robić...
Chciała wkradać się w surowy, chłodny błękit spojrzenia, rozcieńczać go iskrą nieznanego dotąd uczucia, emocji fal wzbierających ponad gładką dotąd taflą oceanu tęczówek. Chciała poczuć na ciele jego silny uścisk, niepewne palce cieniujące cienką krę jej skóry; zanurzać się w jego ciele i słuchać jego słodkiego, niepowstrzymanego mruczenia, jakie z pewnością mogła od niego wyczerpać.
Westchnęła ciężko, dramatycznie, gibając się na nogach, oczy, rozświetlone, nagle nieobecne, zwracając ku niebu. Źrenica ciemnego nieba przypominała czujne, rozwarte ślepia zwierzęcia. Ciężką, duszącą smołę zagrzebanego w kieszeniach oczodołów spojrzenia, które osuwało się, zastygając z toporną, wynaturzoną gracją na kanciastości budynków.
– Słabo mi. Tak mi źle... zabierzesz mnie stąd? Proszę...
Zdawała się teraz licha i anemiczna jak schorowany, przykuty do łóżka pacjent, oddychający płytko i z namacalnym trudem.
Odchyliła głowę gestem wdzięcznie ustępliwym, nadstawiając bladość wysmukłej szyi schorowanej pacjentki, pod sugestię fantazji pieszczoty, przymykając przy tym oczy w transie rzekomego zamroczenia.
To prawda. Mogła i tym razem zapłacić dotkliwą cenę; w żałości, rozczarowaniu, w łzach, oskarżeniach i krzyku; nie krzywdziła z rozmysłem ludzi, lecz krzywdziła ich nieuchronnie, swoją beztroską, chaosem, tak nienawykłym do stabilności relacji. Więc wszystko miało być zabawą? jedynie grą i zabawą, odruchem pełnym zachwytu, bezmyślnym, czystym impulsem, kaskadą westchnień i muśnięć?
Miała słabość do przyjemności, do ludzi pięknych, budzących jej ciekawość, do fascynacji liżącej błogością ciepła tańczące w śródpiersiu serce.
Poddawała się ulotności, zawierzała wątłym zachciankom, gubiła na gorączkowej, rozedrganej przejęciem oraz pożądliwością drodze swój przyszły trop konsekwencji. Czy czasem tego żałowała? Tak czasem. Ale bez tych przyjemności, żyłoby jej się o wiele gorzej.
Może faktycznie byli pod siedliskiem samego Szatana.
Chwasty trzeba wyrywać.