24.11.2022, 01:05 ✶
Część posta dla Ash (reszta może pominąć):
Alastor znajdował się poza tym wydarzeniem.
Może i był całkiem dowcipny i dobrze czuł się w towarzystwie osób sobie znanych, ale tutaj, wśród tych wszystkich wyszukanych ozdób i wypucowanych klamek... pasował jak pięść do mordy - przecież żaden z niego lew salonowy, żaden z niego bogacz - cóż miał zrobić poza cichą obserwacją? Czy powinien klaskać? Kibicować komukolwiek? Gdyby się go ktoś zapytał, co tu właściwie robi, to by powiedział: poprosili mnie, żebym przyszedł, koniec historii. Pewnie by go przeraziła ta przesadna rozrzutność, gdyby nie wyjątkowo szczytny cel. Wierzył w Longbottomów, w ich szczodrość, w ich rozsądne plany w gospodarowaniu datkami - to nie były pieniądze wydane na nic, to były pieniądze mogące nadać nowy bieg osobom niemającym szans. Nie byłby sobą, jeżeli by nie potrafił tego docenić.
- Chyba... - czknął wpierw, nim kontynuował - chyba się zestarzałem - zauważył spostrzegawczo, stając obok Ashling. Właściwie, to był obok już od jakiegoś czasu, teraz zaledwie poczynił kilka kroków w jej kierunku, ale do tej pory milczał, obserwując zacięty pojedynek o... w sumie to nie usłyszał nazwy tego, o co się te dziewczyny tak zaciekle biły, bo jedyne, na czym skupiał oczy i myśli była wtedy Eden, ale nawet blondynka, za której towarzystwo lata temu dałby sobie chyba pociąć mundur, nie potrafiła odgonić mu ze łba myśli, że coś z nim było nie tak. Opierał się właśnie o bar, ale alkohol pił z własnej piersiówki, tak na wszelki wypadek, bo co jeśli najwięksi darczyńcy i obrońcy Anglii nie zadbali o bezpieczeństwo znajdujących się tu trunków. Smak drinka podpitego siostrze ciążył mu na wargach aż dotąd. Idiotyczne to zapewne - tak jak patrzenie na wszystkich spode łba, jakby był na służbie, a nie na przyjęciu. Mógłby skorzystać z okazji i porozmawiać z kimś, z kim nie rozmawiał często, albo dawno utracił z nim kontakt. Tyle twarzy - od Cecily po Maeve, od Astorii po Norę. Może, o ile by się w nim znalazł przynajmniej okruch chęci rozwikłania zagadki zmieszania, jakie wyczuł od panny Figg, kiedy ich spojrzenia się spotkały, to ugasiłby ten pożar myśli, co go przed chwilą tak wyprowadził z równowagi. Ale tych chęci w nim nie było. Moody, mimo że wszyscy znaleźli się tutaj w „szczytnym celu”, doszukiwał się tu właśnie masy przekrętów, krzywych spojrzeń. Przyłapał się wykorzystywaniu wiedzy o świecie po to, żeby analizować zaproszonych - notował w pamięci kto postanowił się u Longbottomów pokazać, a kto balu swoją obecnością nie zaszczycił, a może nawet nie został tu zaproszony? Bo pięknie tu było, ale to wciąż były cholerne, polityczne gierki. Nie ulegało wątpliwości, iż wśród osób na sali mogli znajdować się poplecznicy Lorda Voldemorta. Ta myśl, chociaż przybyła do niego później niż można się tego po nim spodziewać, drążyła mu teraz głowę jak świder.
Zdawał sobie sprawę z tego, że Ashling dobrze wie, jak wiele złego musiało dziać się teraz za parą smutnych oczu. Znów zaczynał dłubać paznokciem w swojej dłoni, poza tym... kiedy ktoś o tak szorstkim i silnym charakterze, postanawia nagle milczeć, to nic dobrego z tego zwykle nie wynikało. Lepiej by pewnie było dla spokoju ducha zebranych, gdyby znowu odwalił coś niebywale głupiego, albo kogoś zdenerwował, niż zazdrościł jakiemuś kolesiowi, że jego żona wydaje się na niego wkurwiona, albo spoglądał podejrzliwie na pudding. Ukojenie odnalazł w swojej przyjaciółce. W zapachu leśnych ścieżek, który utrzymał się na niej nawet mimo wystrojenia na wydarzenie takiej rangi. A może po prostu pamiętał go tak dobrze, że mu go podpowiadała głowa?
- Mam jakieś cholernie złe przeczucie.
To powiedziawszy, stojąc do niej lewym bogiem, oparł jej głowę o swoją, poszukując w tym geście komfortu. Głupio się było przyznać, że te cholernie złe przeczucia miał coraz częściej. Nie spodziewał się jednak tego, co miało nadejść później - nie miał pojęcia, jak daleko sięgnie paranoja kiełkująca w jego sercu. Ironicznie, bo była największym zagrożeniem, a doszukując się ich, nie potrafił jej dostrzec.
Czochram bobra:
Jego cholerne złe przeczucia okazały się nie mieć absolutnie nic wspólnego z tym, co miało za chwilę nastąpić. Alastor spodziewał się jakiegoś wyjątkowo negatywnego obrotu spraw, sprzeczek osiągających apogeum, słonych łez wylanych nad przegranymi licytacjami, być może nagłego ataku - widział ten bal w coraz ciemniejszych barwach, coraz mocniej marszczył brwi, aż wreszcie stało się to. Nora Figg, o której w panice powiedział dzisiaj wiele niepochlebnych słów, była naprawdę słodkim (i nie tylko ze względu na bycie cukierniczką) wspomnieniem wakacji, nawet mimo bycia kolejnym dowodem tego, że tak niespokojny duch, jak on nijak nadawał się do utworzenia czegokolwiek na wzór stabilnej, romantycznej relacji. Narosło w nim więc wiele uczuć. Na pewno rozbawienie - bo trudno się nie zaśmiać widząc taki absurd, ale i wiele innych, różnych, o wiele bardziej złożonych, czyniącymi go pierwszą osobą gotową do wykonania niezbędnego do uratowania jej ruchu.
- STOP - ryknął w stronę Blacka, głosem zdecydowanie zbyt poważnym jak na to, co się działo - TO JEST CZAROWNICA. Fi... - czknął, raz jeszcze, czego sobie pewnie do końca życia nie zapomni, bo ostatni tu powinien być do tego, żeby się tak upodlić - ...nite.
Ale to nie zaklęcie było tu najważniejsze, tylko postawa, jaką Moody momentalnie przybrał. Ruszył do przodu. Być może do stania się sobą potrzebował właśnie blondynki w opałach.
Alastor znajdował się poza tym wydarzeniem.
Może i był całkiem dowcipny i dobrze czuł się w towarzystwie osób sobie znanych, ale tutaj, wśród tych wszystkich wyszukanych ozdób i wypucowanych klamek... pasował jak pięść do mordy - przecież żaden z niego lew salonowy, żaden z niego bogacz - cóż miał zrobić poza cichą obserwacją? Czy powinien klaskać? Kibicować komukolwiek? Gdyby się go ktoś zapytał, co tu właściwie robi, to by powiedział: poprosili mnie, żebym przyszedł, koniec historii. Pewnie by go przeraziła ta przesadna rozrzutność, gdyby nie wyjątkowo szczytny cel. Wierzył w Longbottomów, w ich szczodrość, w ich rozsądne plany w gospodarowaniu datkami - to nie były pieniądze wydane na nic, to były pieniądze mogące nadać nowy bieg osobom niemającym szans. Nie byłby sobą, jeżeli by nie potrafił tego docenić.
- Chyba... - czknął wpierw, nim kontynuował - chyba się zestarzałem - zauważył spostrzegawczo, stając obok Ashling. Właściwie, to był obok już od jakiegoś czasu, teraz zaledwie poczynił kilka kroków w jej kierunku, ale do tej pory milczał, obserwując zacięty pojedynek o... w sumie to nie usłyszał nazwy tego, o co się te dziewczyny tak zaciekle biły, bo jedyne, na czym skupiał oczy i myśli była wtedy Eden, ale nawet blondynka, za której towarzystwo lata temu dałby sobie chyba pociąć mundur, nie potrafiła odgonić mu ze łba myśli, że coś z nim było nie tak. Opierał się właśnie o bar, ale alkohol pił z własnej piersiówki, tak na wszelki wypadek, bo co jeśli najwięksi darczyńcy i obrońcy Anglii nie zadbali o bezpieczeństwo znajdujących się tu trunków. Smak drinka podpitego siostrze ciążył mu na wargach aż dotąd. Idiotyczne to zapewne - tak jak patrzenie na wszystkich spode łba, jakby był na służbie, a nie na przyjęciu. Mógłby skorzystać z okazji i porozmawiać z kimś, z kim nie rozmawiał często, albo dawno utracił z nim kontakt. Tyle twarzy - od Cecily po Maeve, od Astorii po Norę. Może, o ile by się w nim znalazł przynajmniej okruch chęci rozwikłania zagadki zmieszania, jakie wyczuł od panny Figg, kiedy ich spojrzenia się spotkały, to ugasiłby ten pożar myśli, co go przed chwilą tak wyprowadził z równowagi. Ale tych chęci w nim nie było. Moody, mimo że wszyscy znaleźli się tutaj w „szczytnym celu”, doszukiwał się tu właśnie masy przekrętów, krzywych spojrzeń. Przyłapał się wykorzystywaniu wiedzy o świecie po to, żeby analizować zaproszonych - notował w pamięci kto postanowił się u Longbottomów pokazać, a kto balu swoją obecnością nie zaszczycił, a może nawet nie został tu zaproszony? Bo pięknie tu było, ale to wciąż były cholerne, polityczne gierki. Nie ulegało wątpliwości, iż wśród osób na sali mogli znajdować się poplecznicy Lorda Voldemorta. Ta myśl, chociaż przybyła do niego później niż można się tego po nim spodziewać, drążyła mu teraz głowę jak świder.
Zdawał sobie sprawę z tego, że Ashling dobrze wie, jak wiele złego musiało dziać się teraz za parą smutnych oczu. Znów zaczynał dłubać paznokciem w swojej dłoni, poza tym... kiedy ktoś o tak szorstkim i silnym charakterze, postanawia nagle milczeć, to nic dobrego z tego zwykle nie wynikało. Lepiej by pewnie było dla spokoju ducha zebranych, gdyby znowu odwalił coś niebywale głupiego, albo kogoś zdenerwował, niż zazdrościł jakiemuś kolesiowi, że jego żona wydaje się na niego wkurwiona, albo spoglądał podejrzliwie na pudding. Ukojenie odnalazł w swojej przyjaciółce. W zapachu leśnych ścieżek, który utrzymał się na niej nawet mimo wystrojenia na wydarzenie takiej rangi. A może po prostu pamiętał go tak dobrze, że mu go podpowiadała głowa?
- Mam jakieś cholernie złe przeczucie.
To powiedziawszy, stojąc do niej lewym bogiem, oparł jej głowę o swoją, poszukując w tym geście komfortu. Głupio się było przyznać, że te cholernie złe przeczucia miał coraz częściej. Nie spodziewał się jednak tego, co miało nadejść później - nie miał pojęcia, jak daleko sięgnie paranoja kiełkująca w jego sercu. Ironicznie, bo była największym zagrożeniem, a doszukując się ich, nie potrafił jej dostrzec.
Czochram bobra:
Jego cholerne złe przeczucia okazały się nie mieć absolutnie nic wspólnego z tym, co miało za chwilę nastąpić. Alastor spodziewał się jakiegoś wyjątkowo negatywnego obrotu spraw, sprzeczek osiągających apogeum, słonych łez wylanych nad przegranymi licytacjami, być może nagłego ataku - widział ten bal w coraz ciemniejszych barwach, coraz mocniej marszczył brwi, aż wreszcie stało się to. Nora Figg, o której w panice powiedział dzisiaj wiele niepochlebnych słów, była naprawdę słodkim (i nie tylko ze względu na bycie cukierniczką) wspomnieniem wakacji, nawet mimo bycia kolejnym dowodem tego, że tak niespokojny duch, jak on nijak nadawał się do utworzenia czegokolwiek na wzór stabilnej, romantycznej relacji. Narosło w nim więc wiele uczuć. Na pewno rozbawienie - bo trudno się nie zaśmiać widząc taki absurd, ale i wiele innych, różnych, o wiele bardziej złożonych, czyniącymi go pierwszą osobą gotową do wykonania niezbędnego do uratowania jej ruchu.
- STOP - ryknął w stronę Blacka, głosem zdecydowanie zbyt poważnym jak na to, co się działo - TO JEST CZAROWNICA. Fi... - czknął, raz jeszcze, czego sobie pewnie do końca życia nie zapomni, bo ostatni tu powinien być do tego, żeby się tak upodlić - ...nite.
Rzut PO 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Ale to nie zaklęcie było tu najważniejsze, tylko postawa, jaką Moody momentalnie przybrał. Ruszył do przodu. Być może do stania się sobą potrzebował właśnie blondynki w opałach.
fear is the mind-killer.