24.01.2024, 21:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2024, 01:12 przez Sebastian Macmillan.)
— Dokładnie! — Wycelował w niego palec, ciesząc się, że nie tylko jego poruszyła ta informacja. — Czasem mnie przeraża, jakie dziwactwa potrafi przyciągnąć. Podwójne opętanie, kto to w ogóle widział.
Skinął głową na pytanie mężczyzny, po chwili wzruszając po prostu ramionami. Nie widział nic szczególnie dziwnego w tym, że wypytywała go akurat o Atreusa. Może był najbardziej ranny spośród osób, które trafiły pod opiekę kapłanów? Może był w jej jakiś sposób bliski? Nie wiedział zbyt wiele o życiu prywatnym Brenny. Była wprawdzie gadatliwa i trajkotała jak najęta, kiedy tylko dało jej się szanse, jednak Sebastian nie był pewny, czy ta kobieta ma w ogóle czas na coś takiego, jak życie po pracy.
— Jasne, a ja tamtej nocy egzorcyzmowałem własnego kuzyna — rzucił cierpkim głosem, odbijając piłeczkę bez większego zastawienia. On przynajmniej miał ducha zamkniętego w medaliku, aby mieć jakiś dowód na potwierdzenie swoich słów. — Jak nie chcesz mówić, co się stało, to nie mów.
W pierwszej chwili uznał słowa Patricka za drobny żart ze względu na swój zawód. Bo to takie śmieszne mówić, że ktoś odwiedził zaświaty, albo potrzebował szeroko zakrojonych egzorcyzmów. Dowcip byłby nawet zabawny, gdyby nie to, że walił się już na poziomie podstaw. Nie można tak po prostu wejść do Limbo, a potem wrócić. Każde dziecko wychowane w kowenie to wiedziało. A przynajmniej te, z którymi miał kontakt Sebastian. Uśmiechnął się pod nosem, ale ponury wyraz twarzy Stewarda uświadomił mu, że coś nie do końca było w porządku.
— Ty tak na poważnie. — Wbił wzrok w czarodzieja.
Momentalnie poczerwieniał, gdy zdał sobie sprawę z implikacji tego zdarzenia. Doszły do niego jakieś strzępy plotek, jednak nie miał zbyt dużo czasu na zapoznanie się z oficjalnymi doniesieniami. Tu coś usłyszał, tu ktoś potwierdził, tam zaprzeczył, a koniec końców ciężko było znaleźć konkretne informacje. Teraz najwyraźniej miał do czynienia z opowieścią z pierwszej ręki. Bardzo zimnej ręki, pomyślał tępo Macmillan, ściskając krótko dłoń Patricka. Fascynacja zaczynała mieszać się ze strachem, ale przede wszystkim... pretensjami. Co oni sobie wyobrażali!
— Nikt wam nie powiedział w szkole, że każda magia ma swoją cenę? — spytał ostro, masując czoło między brwiami końcem dużego palca, po czym oparł wygodniej głowę o oparcie fotela. — Dosłownie weszliście do zaświatów, czego się spodziewaliście? — Pokręcił z niezadowoleniem głową. — To nie jest miejsce dla żywych. Dlatego przy jakichkolwiek kontaktach z drugą stroną korzystamy z rytuałów, zabezpieczeń, zaklęć ochronnych, czy nawet modlitw. — Gestykulował dłonią, wyliczając na palcach kolejne techniki obronne. — Widziałeś, jak z Jamilem uchyliłem drzwi na drugą stronę. Najwyraźniej w Beltane zostały wręcz wyważone z kopa. Subtelność czarnoksiężnika, ot co! — Przymknął oczy, starając się powściągnąć kotłujące się w nim emocje. A więc Lord Voldemort faktycznie wsadził różdżkę tam, gdzie nie powinien. A bohaterowie z Polany Ognisk ruszyli za nim. — Co wam za przeproszeniem strzeliło do głów, żeby tam wleźć?
Prawdę powiedziawszy, najbardziej zaskakującym elementem całej tej opowieści był fakt, że panna Longbottom nie wpakowała się do Limbo jako piąta podróżniczka między wymiarami. Znając jej temperament, mogłaby nawet rozpychać się rękami i nogami, żeby tylko dopchać się do wejścia. Za każdym razem, jak przychodzą ze sprawami duchów, czuję jak ich niańka, zdał sobie sprawę Sebastian, wzdrygając się na samą myśl. Niby powinien uważać wierzących czarodziejów i czarownice za ''owieczki'' tudzież ''kwiatuszki'' Matki, jednak perspektywa doglądania Brygadzistów i Aurorów pomiędzy innymi obowiązkami służbowymi sprawiała, że nawiedzała go migrena.
— Musicie sobie znaleźć jakiegoś dodatkowego patrona — wymamrotał Sebastian, pozwalając sobie w ten sposób na okazanie swojego niezadowolenia. — Pani Księżyca jest w stanie zrobić wiele, ale nie wiem, czy mając pod opieką cały kraj, będzie w stanie jeszcze odgrywać rolę waszej osobistej patronki od spraw beznadziejnych. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jesteście gorsi od Departamentu Tajemnic, tylko że wy przynajmniej rozmawiacie o tym, co robicie. I chwała wam za to.
Westchnął przeciągle. Nie był na Beltane, nie miał bladego pojęcia, jak wyglądał atak. Słyszał pogłoski, że wydarzenia na festynie miały związek z Limbo i doszło tam do zaburzenia naturalnego porządku rzeczy. Kapłanki, z którymi się kontaktował tuż po sabacie, nie były jednak zbyt chętne do tego, aby uraczyć go nawet jednym kwiecistym, bogatym w szczegóły monologiem. Odpowiadały krótko i na temat, a desakralizacja Polany Ognisk określały jako "jedną z największych tragedii w historii kowenu". Żadnych badań, żadnych teorii - przynajmniej nie na etapie wtajemniczenia Macmillana. A ponoć to nazwisko miało coś znaczyć w tych kręgach. Phi.
— Znajome duchy, czy nieznajome? To byli ludzie, którzy zginęli w trakcie ataku? — Uchylił w końcu powieki ciemnych oczu, próbując skupić się na głównym problemie Patricka. — Tak jak mówiłem, samo wejście do Limbo było cholernie głupim pomysłem. Bo faktycznie zrobiliście to bez jakiegokolwiek przygotowania, prawda? — Uniósł wymownie brwi. — Wprowadziliście do zaświatów obcy element - swoją energię życiową. Może wytraciliście jej trochę podczas samej podróży, ale, tak czy siak, byliście jak latarnia na wzburzonym morzu. Cokolwiek to było, dobre czy złe, od razu was namierzyło. Zleciały się do was jak ćmy do ognia.
Kowen Whitecroft i Ministerstwo Magii może i maczali palce w badaniach związanych z Limbo, próbując je lepiej zrozumieć, jednak ciężko było uznać jakiekolwiek informacje za pewnik. Zaświaty to był inny wymiar, rzeczywistość zmieniała się każdego dnia i każdy rok przynosił nowe odkrycia. Skoro ludzka cywilizacja nie odkryła jeszcze wszystkich tajemnic swojego świata, jak mogli zrozumieć świat operujący na zupełnie odmiennych zasadach? Sebastian mógł co najwyżej gdybać, kierować się logiką i własnymi doświadczeniami.
— Najprawdopodobniej odbił się na was czyjś ślad — stwierdził po dłuższej pauzie. — Powiedziałbym, że są dwie możliwości. Jeśli... przyczepili się do was zmarli tragicznie podczas Beltane, to najprawdopodobniej stało się to przez to, że byliście blisko. Jeśli mówimy o kimś obcym lub z przeszłości... — Rozłożył ręce, gdyż tutaj ewidentnie kierował się głównie swoimi domysłami. — Wasza energia życiowa mogła wydać się im znajoma. Ludzie lubią myśleć, że tuż po śmierci będą czekać na nich najbliżsi, którzy zdążyli odejść z tego świata. Może dlatego się zbliżyli i przekazali wam tę schedę, jeśli możemy tak to nazwać.
Nic dziwnego, że przenieśli Bulstrode'a do siedziby, zorientował się Macmillan. Fragmenty układanki powoli wskakiwały na swoje miejsce. Samo to, że wkroczyli do Limbo i z niego wrócili, wielu starszych kapłanów i kapłanek uznałoby za cud, swoiste błogosławieństwo Matki. Kowen był nie tylko odpowiedzialny za organizację sabatu, ale też miał najprawdopodobniej największe szanse na to, aby doprowadzić ocalałych do porządku. Na tyle o ile to było możliwe, biorąc pod uwagę cały ten chaos, który zapanował w Dolinie i w mieście, gdy gruchnęła wieść o ataku Smierciożerców.
— Nie rozpowiadam tego na prawo i lewo, ale rodzina mojej matki miewa... Wizje. Zdarza nam się wiedzieć, co się dzieje po drugiej stronie. Nie oznacza to, że jesteśmy w tym ekspertami. Trudno wyćwiczyć coś, co przychodzi tak niespodziewanie. — Teoretycznie przy odpowiednich warunkach mogły oczywiście zaistnieć wyjątki od tej reguły. Zwłaszcza gdy Trelawneyowie próbowali rozwijać się w kierunku wiedzy o zaświatach i poszerzali swoją wiedzę. — Współczuje tobie i twoim przyjaciołom tej wizyty.
Skinął głową na pytanie mężczyzny, po chwili wzruszając po prostu ramionami. Nie widział nic szczególnie dziwnego w tym, że wypytywała go akurat o Atreusa. Może był najbardziej ranny spośród osób, które trafiły pod opiekę kapłanów? Może był w jej jakiś sposób bliski? Nie wiedział zbyt wiele o życiu prywatnym Brenny. Była wprawdzie gadatliwa i trajkotała jak najęta, kiedy tylko dało jej się szanse, jednak Sebastian nie był pewny, czy ta kobieta ma w ogóle czas na coś takiego, jak życie po pracy.
— Jasne, a ja tamtej nocy egzorcyzmowałem własnego kuzyna — rzucił cierpkim głosem, odbijając piłeczkę bez większego zastawienia. On przynajmniej miał ducha zamkniętego w medaliku, aby mieć jakiś dowód na potwierdzenie swoich słów. — Jak nie chcesz mówić, co się stało, to nie mów.
W pierwszej chwili uznał słowa Patricka za drobny żart ze względu na swój zawód. Bo to takie śmieszne mówić, że ktoś odwiedził zaświaty, albo potrzebował szeroko zakrojonych egzorcyzmów. Dowcip byłby nawet zabawny, gdyby nie to, że walił się już na poziomie podstaw. Nie można tak po prostu wejść do Limbo, a potem wrócić. Każde dziecko wychowane w kowenie to wiedziało. A przynajmniej te, z którymi miał kontakt Sebastian. Uśmiechnął się pod nosem, ale ponury wyraz twarzy Stewarda uświadomił mu, że coś nie do końca było w porządku.
— Ty tak na poważnie. — Wbił wzrok w czarodzieja.
Momentalnie poczerwieniał, gdy zdał sobie sprawę z implikacji tego zdarzenia. Doszły do niego jakieś strzępy plotek, jednak nie miał zbyt dużo czasu na zapoznanie się z oficjalnymi doniesieniami. Tu coś usłyszał, tu ktoś potwierdził, tam zaprzeczył, a koniec końców ciężko było znaleźć konkretne informacje. Teraz najwyraźniej miał do czynienia z opowieścią z pierwszej ręki. Bardzo zimnej ręki, pomyślał tępo Macmillan, ściskając krótko dłoń Patricka. Fascynacja zaczynała mieszać się ze strachem, ale przede wszystkim... pretensjami. Co oni sobie wyobrażali!
— Nikt wam nie powiedział w szkole, że każda magia ma swoją cenę? — spytał ostro, masując czoło między brwiami końcem dużego palca, po czym oparł wygodniej głowę o oparcie fotela. — Dosłownie weszliście do zaświatów, czego się spodziewaliście? — Pokręcił z niezadowoleniem głową. — To nie jest miejsce dla żywych. Dlatego przy jakichkolwiek kontaktach z drugą stroną korzystamy z rytuałów, zabezpieczeń, zaklęć ochronnych, czy nawet modlitw. — Gestykulował dłonią, wyliczając na palcach kolejne techniki obronne. — Widziałeś, jak z Jamilem uchyliłem drzwi na drugą stronę. Najwyraźniej w Beltane zostały wręcz wyważone z kopa. Subtelność czarnoksiężnika, ot co! — Przymknął oczy, starając się powściągnąć kotłujące się w nim emocje. A więc Lord Voldemort faktycznie wsadził różdżkę tam, gdzie nie powinien. A bohaterowie z Polany Ognisk ruszyli za nim. — Co wam za przeproszeniem strzeliło do głów, żeby tam wleźć?
Prawdę powiedziawszy, najbardziej zaskakującym elementem całej tej opowieści był fakt, że panna Longbottom nie wpakowała się do Limbo jako piąta podróżniczka między wymiarami. Znając jej temperament, mogłaby nawet rozpychać się rękami i nogami, żeby tylko dopchać się do wejścia. Za każdym razem, jak przychodzą ze sprawami duchów, czuję jak ich niańka, zdał sobie sprawę Sebastian, wzdrygając się na samą myśl. Niby powinien uważać wierzących czarodziejów i czarownice za ''owieczki'' tudzież ''kwiatuszki'' Matki, jednak perspektywa doglądania Brygadzistów i Aurorów pomiędzy innymi obowiązkami służbowymi sprawiała, że nawiedzała go migrena.
— Musicie sobie znaleźć jakiegoś dodatkowego patrona — wymamrotał Sebastian, pozwalając sobie w ten sposób na okazanie swojego niezadowolenia. — Pani Księżyca jest w stanie zrobić wiele, ale nie wiem, czy mając pod opieką cały kraj, będzie w stanie jeszcze odgrywać rolę waszej osobistej patronki od spraw beznadziejnych. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jesteście gorsi od Departamentu Tajemnic, tylko że wy przynajmniej rozmawiacie o tym, co robicie. I chwała wam za to.
Westchnął przeciągle. Nie był na Beltane, nie miał bladego pojęcia, jak wyglądał atak. Słyszał pogłoski, że wydarzenia na festynie miały związek z Limbo i doszło tam do zaburzenia naturalnego porządku rzeczy. Kapłanki, z którymi się kontaktował tuż po sabacie, nie były jednak zbyt chętne do tego, aby uraczyć go nawet jednym kwiecistym, bogatym w szczegóły monologiem. Odpowiadały krótko i na temat, a desakralizacja Polany Ognisk określały jako "jedną z największych tragedii w historii kowenu". Żadnych badań, żadnych teorii - przynajmniej nie na etapie wtajemniczenia Macmillana. A ponoć to nazwisko miało coś znaczyć w tych kręgach. Phi.
— Znajome duchy, czy nieznajome? To byli ludzie, którzy zginęli w trakcie ataku? — Uchylił w końcu powieki ciemnych oczu, próbując skupić się na głównym problemie Patricka. — Tak jak mówiłem, samo wejście do Limbo było cholernie głupim pomysłem. Bo faktycznie zrobiliście to bez jakiegokolwiek przygotowania, prawda? — Uniósł wymownie brwi. — Wprowadziliście do zaświatów obcy element - swoją energię życiową. Może wytraciliście jej trochę podczas samej podróży, ale, tak czy siak, byliście jak latarnia na wzburzonym morzu. Cokolwiek to było, dobre czy złe, od razu was namierzyło. Zleciały się do was jak ćmy do ognia.
Kowen Whitecroft i Ministerstwo Magii może i maczali palce w badaniach związanych z Limbo, próbując je lepiej zrozumieć, jednak ciężko było uznać jakiekolwiek informacje za pewnik. Zaświaty to był inny wymiar, rzeczywistość zmieniała się każdego dnia i każdy rok przynosił nowe odkrycia. Skoro ludzka cywilizacja nie odkryła jeszcze wszystkich tajemnic swojego świata, jak mogli zrozumieć świat operujący na zupełnie odmiennych zasadach? Sebastian mógł co najwyżej gdybać, kierować się logiką i własnymi doświadczeniami.
— Najprawdopodobniej odbił się na was czyjś ślad — stwierdził po dłuższej pauzie. — Powiedziałbym, że są dwie możliwości. Jeśli... przyczepili się do was zmarli tragicznie podczas Beltane, to najprawdopodobniej stało się to przez to, że byliście blisko. Jeśli mówimy o kimś obcym lub z przeszłości... — Rozłożył ręce, gdyż tutaj ewidentnie kierował się głównie swoimi domysłami. — Wasza energia życiowa mogła wydać się im znajoma. Ludzie lubią myśleć, że tuż po śmierci będą czekać na nich najbliżsi, którzy zdążyli odejść z tego świata. Może dlatego się zbliżyli i przekazali wam tę schedę, jeśli możemy tak to nazwać.
Nic dziwnego, że przenieśli Bulstrode'a do siedziby, zorientował się Macmillan. Fragmenty układanki powoli wskakiwały na swoje miejsce. Samo to, że wkroczyli do Limbo i z niego wrócili, wielu starszych kapłanów i kapłanek uznałoby za cud, swoiste błogosławieństwo Matki. Kowen był nie tylko odpowiedzialny za organizację sabatu, ale też miał najprawdopodobniej największe szanse na to, aby doprowadzić ocalałych do porządku. Na tyle o ile to było możliwe, biorąc pod uwagę cały ten chaos, który zapanował w Dolinie i w mieście, gdy gruchnęła wieść o ataku Smierciożerców.
— Nie rozpowiadam tego na prawo i lewo, ale rodzina mojej matki miewa... Wizje. Zdarza nam się wiedzieć, co się dzieje po drugiej stronie. Nie oznacza to, że jesteśmy w tym ekspertami. Trudno wyćwiczyć coś, co przychodzi tak niespodziewanie. — Teoretycznie przy odpowiednich warunkach mogły oczywiście zaistnieć wyjątki od tej reguły. Zwłaszcza gdy Trelawneyowie próbowali rozwijać się w kierunku wiedzy o zaświatach i poszerzali swoją wiedzę. — Współczuje tobie i twoim przyjaciołom tej wizyty.