To ponad zmysłowa relacja, zdecydowanie wykraczająca poza empiryzm. Ciężko było opisać prostymi słowami co było między nim, a Lorettą. Warto zaznaczyć, że absolutnie nie to co mawiali złośliwi, aż do tego stopnia że chyba nawet oboje byli znudzeni ciągłym rozmywaniu tych obleśnych plotek. Kto miał rozum ten wiedział, a cała reszta mogła pozazdrościć im tego co mieli. Czy nie jest to wspaniałe mieć w życiu taki filar, nie do ukruszenia, nie do zachwiania, wokół którego można było budować bezgraniczne zaufanie? Bo właśnie taka wrażliwość działała pomiędzy nimi. Dlatego pragnął bronić jej imienia z każdą kroplą krwi, zamieniając się w białorycerzyka bez krzty zażenowania swoją ckliwością. Pamiętał jak papa Lestrange powtarzał mu, że jest odpowiedzialny za honor ich obojga w tym samym czasie. Wtedy brzmiało to dumnie i dostojnie, ale z każdym rokiem był coraz bardziej zmęczony tym brzemieniem.
Byli już dojrzałymi nastolatkami z nowymi upodobnieniami, a te stawiały przed Lou nowe wyzwania. To już nie moment w którym trzeba było rozprawić się z małymi kurewkami, bo ktoś rzucił w Lorettę kamieniem, czy przepchnął ją na schodach. Komentarze na temat jej kobiecej godności, przypisywanie rozwiązłości i dużo innych obślizgłych świństw z którymi nie potrafił sobie poradzić inaczej, niż gniewną agresją. Uderzyć pierwszy, zanim w ogóle pomyślą o następnym kroku. I to nie tak, że siostra potrzebowała bodyguarda do rozwiązywania konfliktów. Loretta przecież potrafiła być o wiele bardziej nikczemna i brutalna. To ona z ich dwójki była zdolna do zadawania niewybaczalnych tortur swoją różdżką, kiedy te same inkantacje wybrzmiewały wyłącznie pustym echem. To tylko powierzchowne oceny dla niewtajemniczonych. Może i Louvain mógł uchodzić za bardziej butnego i zadziornego, to on był znany z udręczania szlam, mieszańców, gryfonów i każdego kto nie wpisywał się w rasistowską retorykę. Jednak to ta z pozoru chłodna, ale powściągliwa, okrutna lecz stonowana, do czasu, bliźniaczka Lestrange, kryła w sobie więcej spaczenia, niż świat mógł myśleć.
- Bardziej to ja mam pecha, że muszę sprzątać te brudy po niej... - odrzucił, nie zastanawiając się zbyt mocno nad tym co chciał powiedzieć. Dopiero po chwili złapał się w myślach na tym, że być może po raz pierwszy zwrócił się do kogoś obcego, o niej, w sposób nie jednoznacznie pochlebny. Zasada była jasna, o Lorettcie pozytywnie albo wcale. Najwidoczniej poczuł się przy małym gryfku na tyle bezpiecznie ze swoim bagażem emocjonalnym, że naturalny filtr przestał działać. Ale cóż, tak właśnie się czuł w tym momencie. Jak więzień własnego i jej sumienia.
Odstąpił od tej rozgoryczonej i zrezygnowanej postawy w jednej chwili, kilkanaście sekund z własnymi słabościami to i tak jego personalny rekord. I to jeszcze w obecności tego okruszka. Miał dużo szczęścia, że najwidoczniej nie odnajdywała się zbyt szczególnie w szkolnych perypetiach i nastoletnich niuansach, bo z takimi nowinkami jakie miały tu miejsce, mogła nieźle nadszarpnąć opinią obojga z rodzeństwa. Maleństwo niczego nieświadome, jak parszywy i zepsuty był świat tych popularnych dzieciaków. Może właśnie to sprawiło, że był w stanie wyciągnąć jej drobną osobę z tych wszystkich quasi bigoteryjnych przeszkód, którymi była w jego oczach obciążona. W tym momencie zapomniał jak bardzo powinien nią wzgardzać, a delektował się tą oazą spokoju, którą wokół siebie roztaczała.
Podniósł się na równe nogi i ponownie wycelował w nią swoje zadziorne spojrzenie. Tak jak kilka chwil temu, znów skrócić niebezpiecznie dystans, zaciągając się ostentacyjnie raz po raz papierosem. Odstawił go w końcu gdzieś na bok, pozwalając by sam dopalił się na brzegu umywalki. - Nie możesz nikomu o tym powiedzieć, jasne? - uśmiechnął się prowokacyjnie, przeciągając spojrzeniem po jej drżącej sylwetce. Na myśli miał oczywiście to co powiedział chwilę temu, no i to czym była jego pięta achillesowa. Jeszcze raz swoją postawą zmusił ją do przywarcia do ściany, a jedną z dłoni oparł na tej samej ścianie, tuż obok jej głowy, w pewien sposób blokując jej drogę do wyjścia z łazienki. Być może chciał by czuła się odrobinę osaczona, bo kontrola sytuacji sprawiała mu sporo radości. W końcu bez uprzedzenia, pocałował ją. Nie chciał być zbyt nachalny, domyślając się że prawdopodobnie jako pierwszy chłopiec naruszył granicę jej intymności w tym wymiarze. Była zbyt urocza i niewinna, by pozwolić jej odejść tak bez nawet drobnego całusa. - O tym też nikt nie może się dowiedzieć. - odezwał się, przerywając chwilową ciszę. Zaśmiał się bezdźwięcznie, jakby przedłożył jej na dłonie wielką tajemnicę. Nie przywykł do wymieniania się drobnymi uprzejmościami jak proszę, czy przepraszam, jednak w tym pocałunku było coś z wdzięczności z jego strony. Wdzięczności za to, że swoją aurą pozwoliła mu się na moment otworzyć z uczuć i myśli, do których nie przyznawał się nawet przed lustrem.