31.01.2024, 22:54 ✶
- Zapewniam cię, tutaj większość czarodziejów myślodsiewni nawet na oczy nie zobaczyła – skwitowała lekkim tonem. To naprawdę nie było nic, co dałoby się odnaleźć na każdym rogu, w pierwszym lepszym sklepie. Już łatwiej – i to o wiele łatwiej – o latającą miotłę niż misę zdolną ukazać wspomnienia. Własne, cudze, nieważne – przyjmowała wszystko, czym napełniono jej wnętrze…
… a potem wciągała w ich odmęty, jeśli znalazł się ktoś (nie)proszony, zainteresowany zawartością. Bądź po prostu wiedziony chęcią przypomnienia sobie, co działo się wtedy i wtedy…
… w każdym razie, nie przedłużała rozmowy; nie mieli całego dnia (no dobrze, może i mieli, co nie znaczyło, że miała ochotę aż tyle czasu poświęcić na pogaduszki, kiedy co innego czekało na ich uwagę), żeby pozwolić, aby czas przepływał tak po prostu między palcami.
Kręgi rozeszły się po srebrzystej tafli.
To się prosiło o wyciągnięcie ręki, wskazanie palcem i krzyknięcie „znam tego pana!”. Ale Leta miała te trzydzieści parę lat, to raz, dwa, musiałaby Guinevere tłumaczyć, skąd go „zna”. Bo wciąż, zdolność niematerialnych wędrówek nie była czymś, czym się chwaliła przed dosłownie całą ekipą, z którą siedzieli w Walii. Albo po prostu przed każdym współpracownikiem.
Dziedzictwo przodków. Pod ziemią. Nie dało się nie pomyśleć o czymś bardzo, bardzo konkretnym, dokładnie o tym samym, co skojarzyła sobie i McGonagall. Prawdopodobnie nawet gumochłon połączyłby kropki i doszedł do wniosku, że chodzi o ten cały filar! Obiekt zarówno zainteresowania, jak i trochę źródło irytacji – bo kto to widział, tak brutalnie odsyłać ją do własnego ciała..
Słuchała.
Dość naturalną koleją rzeczy było przyjrzenie się najpierw Augustusowi (oj, przydałoby się z tobą porozmawiać, chłopie, gdybyś tylko był łaskaw nie chować się za ramami swojego obrazu… ale spokojnie, prędzej czy później, przyjdzie czas i na to, w co bynajmniej nie wątpiła), potem Markusowi, a w końcu i pomieszczeniu. Nic dziwnego; miała w końcu okazję na własne oczy ujrzeć, jak to kiedyś było, w wersji nienadgryzionej przez ząb czasu, zniekształconej co najwyżej przez pamięć ówcześnie żyjącej osoby, a nie odtworzonej przez archeologów.
Notatki.
Nie liczyła na wiele, bo kto – nie licząc przypadku Cathala czy Ulyssesa; osobiście własnej pamięci nie posądzała o informacje, co dokładnie leżało na jej biurku, gdy rozmawiała z tym czy tamtym osobnikiem. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała na nie zerknąć...
… a potem wciągała w ich odmęty, jeśli znalazł się ktoś (nie)proszony, zainteresowany zawartością. Bądź po prostu wiedziony chęcią przypomnienia sobie, co działo się wtedy i wtedy…
… w każdym razie, nie przedłużała rozmowy; nie mieli całego dnia (no dobrze, może i mieli, co nie znaczyło, że miała ochotę aż tyle czasu poświęcić na pogaduszki, kiedy co innego czekało na ich uwagę), żeby pozwolić, aby czas przepływał tak po prostu między palcami.
Kręgi rozeszły się po srebrzystej tafli.
⋅•⋅⊰∙∘☽༓☾∘∙⊱⋅•⋅
To się prosiło o wyciągnięcie ręki, wskazanie palcem i krzyknięcie „znam tego pana!”. Ale Leta miała te trzydzieści parę lat, to raz, dwa, musiałaby Guinevere tłumaczyć, skąd go „zna”. Bo wciąż, zdolność niematerialnych wędrówek nie była czymś, czym się chwaliła przed dosłownie całą ekipą, z którą siedzieli w Walii. Albo po prostu przed każdym współpracownikiem.
Dziedzictwo przodków. Pod ziemią. Nie dało się nie pomyśleć o czymś bardzo, bardzo konkretnym, dokładnie o tym samym, co skojarzyła sobie i McGonagall. Prawdopodobnie nawet gumochłon połączyłby kropki i doszedł do wniosku, że chodzi o ten cały filar! Obiekt zarówno zainteresowania, jak i trochę źródło irytacji – bo kto to widział, tak brutalnie odsyłać ją do własnego ciała..
Słuchała.
Dość naturalną koleją rzeczy było przyjrzenie się najpierw Augustusowi (oj, przydałoby się z tobą porozmawiać, chłopie, gdybyś tylko był łaskaw nie chować się za ramami swojego obrazu… ale spokojnie, prędzej czy później, przyjdzie czas i na to, w co bynajmniej nie wątpiła), potem Markusowi, a w końcu i pomieszczeniu. Nic dziwnego; miała w końcu okazję na własne oczy ujrzeć, jak to kiedyś było, w wersji nienadgryzionej przez ząb czasu, zniekształconej co najwyżej przez pamięć ówcześnie żyjącej osoby, a nie odtworzonej przez archeologów.
Notatki.
Nie liczyła na wiele, bo kto – nie licząc przypadku Cathala czy Ulyssesa; osobiście własnej pamięci nie posądzała o informacje, co dokładnie leżało na jej biurku, gdy rozmawiała z tym czy tamtym osobnikiem. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała na nie zerknąć...