04.02.2024, 22:38 ✶
Uniosła brew, słysząc odpowiedź. W nic się nie władował, mhm, a tu jej jechał ekspres do Hogwartu. Cokolwiek się stało – wpadł jak śliwka w kompot, skoro efektem była utrata różdżki.
A z której by strony nie patrzeć – te niepozorne przeważnie kijki były przedłużeniem ręki i woli czarodzieja, czymś wręcz niezbędnym do codziennego funkcjonowania; no chyba że ktoś rozgryzł, jak posługiwać się magią bez konieczności, hm, ogniskowania mocy przez patyczek. Innymi słowy rzecz ujmując: różdżka była jak dodatkowa kończyna, bez której ani rusz.
A Cathal ją właśnie stracił.
Pokręciła powoli głową; trudno orzec, czy litowała się na jego niedolą (chociaż, zaraz, to Leta – czy ona naprawdę była zdolna do zlitowania się?) czy też w zawoalowany sposób stwierdzała „ale z ciebie ciamajda, Cal”. Koniec końców, wsadziła lizaka do ust, drugą dłonią grzebiąc w torbie, tylko po to, żeby… wyjąć kolejnego. I podsunąć go Ginny, z pytającym spojrzeniem. Chce, nie chce? Jak nie, to nie ma problemu, więcej dla niej i tak dalej, ewentualnie spróbuje wcisnąć Shafiqowi czy coś… A może i tak miała łakocia dla niego i tak?
- Idziemy, idziemy – przytaknęła, może ciut niewyraźnie, skoro jednocześnie międliła lizaka – Zwłaszcza że kłopoty często chodzą parami, tylko patrzeć, jak się napatoczy Latajek czy inszego mądry inaczej i co… – no i nico, zostanie chyba tylko podłubać w nosie, spróbować użyć siły pięści, ewentualnie spierdzielać, gdzie pieprz rośnie. Trochę ciężko nie mieć magii w momencie, gdy przeciwnik nią dysponował.
Nie, żeby spodziewała się kłopotów po drodze, skądże znowu.
I nie, żeby ani trochę to nie było w pewnym sensie zabawne; dwie czarownice robiące za obstawę rosłego skądinąd chłopa, który stracił w tym momencie całkiem sporo siły bojowej… ale nie. O dziwo, w jej głosie ani mimice nie czuć było podkpiwania z niego. Czym innym było drażnienie Shafiqa w ramach wieloletniej przyjaźni, czym innym dociskanie pokrywki do garnka, którego zawartość już całkiem porządnie wrzała.
A Leta niekoniecznie chciała stać się tą kroplą, która sprawi, że wszystko wybuchnie. Gdzieś granice w końcu leżały i nieszczególnie kwapiła się do sprawdzania, co się stanie, gdy je teraz przekroczy.
A z której by strony nie patrzeć – te niepozorne przeważnie kijki były przedłużeniem ręki i woli czarodzieja, czymś wręcz niezbędnym do codziennego funkcjonowania; no chyba że ktoś rozgryzł, jak posługiwać się magią bez konieczności, hm, ogniskowania mocy przez patyczek. Innymi słowy rzecz ujmując: różdżka była jak dodatkowa kończyna, bez której ani rusz.
A Cathal ją właśnie stracił.
Pokręciła powoli głową; trudno orzec, czy litowała się na jego niedolą (chociaż, zaraz, to Leta – czy ona naprawdę była zdolna do zlitowania się?) czy też w zawoalowany sposób stwierdzała „ale z ciebie ciamajda, Cal”. Koniec końców, wsadziła lizaka do ust, drugą dłonią grzebiąc w torbie, tylko po to, żeby… wyjąć kolejnego. I podsunąć go Ginny, z pytającym spojrzeniem. Chce, nie chce? Jak nie, to nie ma problemu, więcej dla niej i tak dalej, ewentualnie spróbuje wcisnąć Shafiqowi czy coś… A może i tak miała łakocia dla niego i tak?
- Idziemy, idziemy – przytaknęła, może ciut niewyraźnie, skoro jednocześnie międliła lizaka – Zwłaszcza że kłopoty często chodzą parami, tylko patrzeć, jak się napatoczy Latajek czy inszego mądry inaczej i co… – no i nico, zostanie chyba tylko podłubać w nosie, spróbować użyć siły pięści, ewentualnie spierdzielać, gdzie pieprz rośnie. Trochę ciężko nie mieć magii w momencie, gdy przeciwnik nią dysponował.
Nie, żeby spodziewała się kłopotów po drodze, skądże znowu.
I nie, żeby ani trochę to nie było w pewnym sensie zabawne; dwie czarownice robiące za obstawę rosłego skądinąd chłopa, który stracił w tym momencie całkiem sporo siły bojowej… ale nie. O dziwo, w jej głosie ani mimice nie czuć było podkpiwania z niego. Czym innym było drażnienie Shafiqa w ramach wieloletniej przyjaźni, czym innym dociskanie pokrywki do garnka, którego zawartość już całkiem porządnie wrzała.
A Leta niekoniecznie chciała stać się tą kroplą, która sprawi, że wszystko wybuchnie. Gdzieś granice w końcu leżały i nieszczególnie kwapiła się do sprawdzania, co się stanie, gdy je teraz przekroczy.