Morpehus kochał życie uparcie. Nawet jeśli był synem swojej matki, to gdy spoglądał w lustro każdego ranka, wyciągając brzytwę i goląc na gładko policzki, wdział swojego ojca. Był jego synem również. Odepchnął się ostatkiem od dna, nie tak głębokiego przy samym molo, aby spróbować wydostać się na powierzchnię. Wtedy będzie mógł pomóc Neilowi. Nadal ściskając różdżkę w dłoni, złapał się deski i próbował podciągnąć na molo na wątłych ramionach. Czuł się tak bardzo bezradny, tak słaby w swojej powłoce. Przełożył różdżkę między zęby. Chciał się wydostać, musiał walczyć. Palce zaczepiły się o mokre drewno.
Spoglądając w górę, ujrzał siebie samego, dostrzegł wzgardę w swoim własnym spojrzeniu, mokre odzienie przyklejało się do jego ciała, nadając mu upiornego wyglądu, a u stóp czarne morze szaty. Wyciągnął sam do siebie rękę, uścisnął ją i wyciągnął siebie z wody, z widocznym wysiłkiem, a jednak Longottomowi wydawał się jakby wspanialszą wersją siebie, zawsze tak było, gdy spotykał się na chwilę z samym sobą podczas zmieniania czasu. Opadł bez siły na deski, kaszel w jego płucach zebrał się razem z okropną, mulastą wodą, którą zaciągnął podczas tragicznego wdechu pod wodą. Musiał zamknąć oczy.
Gdy kaszlał, wypluwając wodę na molo, drugi on, jakby lepszy on, posłał w wodę kolejne zaklęcie. Z zaciętą miną, z dumną postawą szermierza, nawet jeśli włosy przykleiły mu się do czoła, a czarna koszula przylegała ściśle do skóry, oświetlony przez zachodzące słońce, wyglądał pięknie. Dumnie. Kolejne zaklęcie i wtedy na powierzchni pojawiło się ciało. Uratowali go, uratowali Neila... on go uratował.
Przyszły-przeszły on przykląkł przy teraźniejszym-nim, dotknął miękkimi dłońmi swoich policzków, przyłożył czoło do czoła, krople opadały im na charakterystyczne nosy, spływając nierównymi ścieżkami, każda inną, a przecież powinny taką samą. Tak mu się wydawało, w końcu to był on tylko, że... no właśnie kiedy? Przesunął czule po własnym nosie swoim nosem.
Czas nie istniał.
— Uratuj go — szepnął sam do siebie, łączył go ze sobą tylko oddech. Zrobił krok w tył i zniknął, a wtedy jedyny Morpheus wyciągnął czasozmieniacz zza swojej koszuli, przekręcił, czas zawirował, tu i teraz, tam wtedy. Przechylił się przez molo, na brzuchu, rzucił kolejne zaklęcie. Przyciągnął do siebie Neila i zaczął wyciągać go z wody. Ciało bolało, paliło mięśniami.
— Nie umieraj mi tu... — jęknął z wysiłku.