07.02.2024, 03:25 ✶
— Madam Mulciber...błagam nie — zaszlochała rozpaczliwie skrzatka, całą mocą biednego, małego ciałka uchylając się przed nadchodzącym ciosem.
Nie znająca litości czy współczucia Diana, zmrużyła oczy w zacietrzewionym akcie absolutnej agresji.
— Aaaaaa! — krzyknęła druga skrzatka, łapiąc się za głowę w przerażeniu.
Akt ten nie trwał długo. Gdy tylko Diana otworzyła oczy (samej sobie ewidentnie nie ufawszy), czując na twarzy mokre odpryski bitej śmietany, wydała z siebie ciche, nawet szczere "ups".
Odłożyła magiczny mikser — badziewie wypatrzone w kolorowej gazetce z gadżetami, które to w swym opisie obiecywało ubić nawet najtrudniejsze i najbardziej uparte kremy w zaledwie sekundy, powić, wychować ci pierworodnego oraz zrobić dobrze twojemu obrzydliwemu mężowi. Nie dane jej było napawać się swoim wybitnym dziełem, bowiem w korytarzu rozległo się nieoczekiwane przez nią pukanie. Odziana w swój ulubiony różowy fartuszek z napisem "baddest bitch on the block" pognała spiesznie do drzwi, otwierając je z lekko upitym już drinkiem w dłoni.
— Cześć Rosie — zaświergotała chrypą zawodowej pijaczki. Co prawda nie był to kurier z nową paczusią z ciastomixem, ale jej oczom ukazało się równie miłe towarzystwo — ale masz ładne dziś włosy.
Przyjrzała jej się bacznie, upijając nieco swojej margarity. Cierpkość alkoholu i solnego rąbka kieliszka, wygięły malinowe wargi niczym młot sprawnego kowala w starciu z gorącym żelazem (nie wiedzieć czemu o tym właśnie Diana w tym momencie pomyślała).
— Nie ma go — odparła bezwiednie, tak jak koleżanka nakazała. Czy był w domu? Nie miała pojęcia.
— Tylko nie mów mi, że znów coś przeskrobał — oznajmiła tonem sugerującym prowokacyjną zachętę, po czym zaprosiła ją do środka. Poprowadziła ją wzdłuż białego, wąskiego korytarza w czarno-białą kostkę, usłanego portretami mrukliwych kretynów, których Diana nie znała i nie miała zamiaru poznawać — niektóre z dziadowych portretów lubiły głośno gadać, zwłaszcza w nocy i Mulciber za grosz nie potrafiła zrozumieć jakim cudem zdejmowały z siebie liczne zaklęcia zamykające szczelnie japę. Lokowała swoje podejrzenia w Alexie, który skłonny był do zabaw z jej topiącym się umysłem, ale nie posiadała jeszcze na to żadnych dowodów.
Całkiem bezwstydnie, zaprowadziła kobietę na kuchenne pole bitewne, po którym skrzatki wciąż się uwijały w panicznych podskokach; nie tylko szafki zdawały się być oblepione białym kremem, bo jeśli tylko Rosie zadała sobie trudu uniesienia oczu ku sufitowi, na nim również znalazłaby wesołe kleksy.
— Eksperymentowałam z nowym przepisem — wyjaśniła, unikając z nią kontaktu wzrokowego.
— Powiedz mi, co cię tak nagli? I czego się napijesz?
Oparła się o jedyny wolny od lepkiej masy mebel, drewniane krzesło na którym spoczywała gruba księga z przepisami.
Nie znająca litości czy współczucia Diana, zmrużyła oczy w zacietrzewionym akcie absolutnej agresji.
— Aaaaaa! — krzyknęła druga skrzatka, łapiąc się za głowę w przerażeniu.
Akt ten nie trwał długo. Gdy tylko Diana otworzyła oczy (samej sobie ewidentnie nie ufawszy), czując na twarzy mokre odpryski bitej śmietany, wydała z siebie ciche, nawet szczere "ups".
Odłożyła magiczny mikser — badziewie wypatrzone w kolorowej gazetce z gadżetami, które to w swym opisie obiecywało ubić nawet najtrudniejsze i najbardziej uparte kremy w zaledwie sekundy, powić, wychować ci pierworodnego oraz zrobić dobrze twojemu obrzydliwemu mężowi. Nie dane jej było napawać się swoim wybitnym dziełem, bowiem w korytarzu rozległo się nieoczekiwane przez nią pukanie. Odziana w swój ulubiony różowy fartuszek z napisem "baddest bitch on the block" pognała spiesznie do drzwi, otwierając je z lekko upitym już drinkiem w dłoni.
— Cześć Rosie — zaświergotała chrypą zawodowej pijaczki. Co prawda nie był to kurier z nową paczusią z ciastomixem, ale jej oczom ukazało się równie miłe towarzystwo — ale masz ładne dziś włosy.
Przyjrzała jej się bacznie, upijając nieco swojej margarity. Cierpkość alkoholu i solnego rąbka kieliszka, wygięły malinowe wargi niczym młot sprawnego kowala w starciu z gorącym żelazem (nie wiedzieć czemu o tym właśnie Diana w tym momencie pomyślała).
— Nie ma go — odparła bezwiednie, tak jak koleżanka nakazała. Czy był w domu? Nie miała pojęcia.
— Tylko nie mów mi, że znów coś przeskrobał — oznajmiła tonem sugerującym prowokacyjną zachętę, po czym zaprosiła ją do środka. Poprowadziła ją wzdłuż białego, wąskiego korytarza w czarno-białą kostkę, usłanego portretami mrukliwych kretynów, których Diana nie znała i nie miała zamiaru poznawać — niektóre z dziadowych portretów lubiły głośno gadać, zwłaszcza w nocy i Mulciber za grosz nie potrafiła zrozumieć jakim cudem zdejmowały z siebie liczne zaklęcia zamykające szczelnie japę. Lokowała swoje podejrzenia w Alexie, który skłonny był do zabaw z jej topiącym się umysłem, ale nie posiadała jeszcze na to żadnych dowodów.
Całkiem bezwstydnie, zaprowadziła kobietę na kuchenne pole bitewne, po którym skrzatki wciąż się uwijały w panicznych podskokach; nie tylko szafki zdawały się być oblepione białym kremem, bo jeśli tylko Rosie zadała sobie trudu uniesienia oczu ku sufitowi, na nim również znalazłaby wesołe kleksy.
— Eksperymentowałam z nowym przepisem — wyjaśniła, unikając z nią kontaktu wzrokowego.
— Powiedz mi, co cię tak nagli? I czego się napijesz?
Oparła się o jedyny wolny od lepkiej masy mebel, drewniane krzesło na którym spoczywała gruba księga z przepisami.
Chwasty trzeba wyrywać.