07.02.2024, 18:06 ✶
Moody nie mógł powstrzymać odrobinę okrutnego rechotu, jaki się z niego wydostał, kiedy młody Rookwood określił się mianem „czarnego kota”, a przynajmniej tak to zostało w tej scenie odebrane. Bo życie Moody'ego wyprane było z poezji, nastroju w jego łbie nie tworzyły sentymentalne przeboje, tylko hymny i uczucia brudnych bram starych kamienic, a tymi uczuciami były bezsens i chłód związane ze świadomością, że tacy jak on ani nie powinni, ani nie mieli przestrzeni na marzenia, na takie porównania, na barwne epitety. Był prostym człowiekiem, żadnym artystą. Jego nauczono szarości życia, egzystencji przeżywając ten sam dzień w kółko, a nie filozoficznych rozkmin, poza tym... No spójrzmy prawdzie w oczy - styki mu się przepaliły już dawno - jego umysł takich tekstów spodziewał się po babie. No dobra, jeszcze po Laurencie.
No i tak szczerze - czarny kot przebiegał ci drogę. Jebało go, co na to myślał jakiś anglik z tej opowieści. On był anglikiem i jedyne co by sobie pomyślał: „a chuj mu w dupę”.
- Patrol jak patrol - powiedział, po czym wywrócił oczyma, na to „mój ty bohaterze”. Nie w jakiś szczególnie miły sposób, ale też nie chciał być jakiś natrętnie negatywny - dało się rozpoznać zwyczajną grę w rytm tej rozmowy. - Oby wszystkie moje interwencje ograniczały się do takich historii. - Również się uśmiechnął, tym razem sugestywnie. Bo wszyscy wokół wiedzieli, do jakich interwencji wzywane było Biuro Aurorów - nic fajnego, nic co by kogokolwiek normalnego ucieszyło poza taką prostą myślą, że chociaż zło się po świecie szerzy, to przynajmniej istnieją ludzie, którym płacą za wymazywanie jego egzystencji.
Więc tak, to nawet podnosiło na duchu, że to był największy dramat, jaki się wydarzył na Ostarze, poza tym facetem, któremu Sally prawie oderwała rękę (ale tej ręki ostatecznie nie oderwała... no ale spróbowała, więc Ashling pewnie nadal szukała tej wariatki w polu... a raczej spała tam, bo nie było szans na dogonienie jej, próbowali już wiele razy).
- Znam takich co by cię skuli, ale to pewnie po to, żeby zobaczyć, jak się rzucasz - prychnął. Bo to brzmiało jak idealna rozrywka dla takiego Atreusa... A ten cały Rookwood sprawiał wrażenie kogoś, kto zajebiście karmiłby ego, rzucając durnymi tekstami, kiedy wgniatasz jego twarz w grunt, unieruchamiasz mu łapy. Moody niekoniecznie lubił brać udział w takich wyzwaniach od losu, ale swoje w Brygadzie przepracował, łapiąc robiących rozróby pijaków, zupełnie jakby sam wcześniejszego dnia nie spił się przeokrutnie.
Przez cały ten czas, Alastor kopcił tego papierosa. A palił jak cholerna lokomotywa. To nie było spokojne, powolne palenie dla rozluźnienia, typ musiał być głęboko uzależniony i nie czuł już chyba w ogóle tego, jak dym gryzł w gardło - zbyt długo pochłaniał jeden za drugim najtańsze, najbardziej łajdackie marki.
- Myślę, że miałem szczęście, a nie pecha - odpowiedział na pytanie sprzed chwili. - Sory za zaśmianie się z ki... kiciu... siaaaa... apsik!
Cóż, jak już o losie mowa, to los miał swoje priorytety i czasami zdawał się być w zmowie z każdym, tylko nie z nim. Zniknął z tej cholernej Ostary, chociaż powinien być na niej jeszcze przez kwadrans. Wcale nie chciał się teleportować, a teraz wirował w przestrzeni, tak bardzo zryło mu to banię, ta niepewność gdzie właściwie miał się pojawić i dlaczego jakaś tajemnicza siła ściągała go akurat teraz, a nie kiedy rozstał się z Saurielem, ale jego pierwszą myślą, tak na wypadek gdyby miał się rozszczepić, była Ida.
I to naprzeciwko niej pojawił się nagle, przyłapując ją na spacerze z reklamówką pełną butelek z okolicznego sklepu osiedlowego.
- Ah, kurr... - zaklął, bo po czymś takim nawet jemu zrobiło się niedobrze.
- Al... nie wierzę, każdego bym podejrzewała o zerwanie się z pracy, ale TY?
- Miałem... - oczywiście, że nie przyzna się do kichnięcia jak mocnego, aby się teleportować z DOLINY GODRYKA - dosyć ściągania kotów z drzew.
Wyciągnął tę reklamówkę z dłoni siostry i ruszyli w kierunku jej mieszkania.
No i tak szczerze - czarny kot przebiegał ci drogę. Jebało go, co na to myślał jakiś anglik z tej opowieści. On był anglikiem i jedyne co by sobie pomyślał: „a chuj mu w dupę”.
- Patrol jak patrol - powiedział, po czym wywrócił oczyma, na to „mój ty bohaterze”. Nie w jakiś szczególnie miły sposób, ale też nie chciał być jakiś natrętnie negatywny - dało się rozpoznać zwyczajną grę w rytm tej rozmowy. - Oby wszystkie moje interwencje ograniczały się do takich historii. - Również się uśmiechnął, tym razem sugestywnie. Bo wszyscy wokół wiedzieli, do jakich interwencji wzywane było Biuro Aurorów - nic fajnego, nic co by kogokolwiek normalnego ucieszyło poza taką prostą myślą, że chociaż zło się po świecie szerzy, to przynajmniej istnieją ludzie, którym płacą za wymazywanie jego egzystencji.
Więc tak, to nawet podnosiło na duchu, że to był największy dramat, jaki się wydarzył na Ostarze, poza tym facetem, któremu Sally prawie oderwała rękę (ale tej ręki ostatecznie nie oderwała... no ale spróbowała, więc Ashling pewnie nadal szukała tej wariatki w polu... a raczej spała tam, bo nie było szans na dogonienie jej, próbowali już wiele razy).
- Znam takich co by cię skuli, ale to pewnie po to, żeby zobaczyć, jak się rzucasz - prychnął. Bo to brzmiało jak idealna rozrywka dla takiego Atreusa... A ten cały Rookwood sprawiał wrażenie kogoś, kto zajebiście karmiłby ego, rzucając durnymi tekstami, kiedy wgniatasz jego twarz w grunt, unieruchamiasz mu łapy. Moody niekoniecznie lubił brać udział w takich wyzwaniach od losu, ale swoje w Brygadzie przepracował, łapiąc robiących rozróby pijaków, zupełnie jakby sam wcześniejszego dnia nie spił się przeokrutnie.
Przez cały ten czas, Alastor kopcił tego papierosa. A palił jak cholerna lokomotywa. To nie było spokojne, powolne palenie dla rozluźnienia, typ musiał być głęboko uzależniony i nie czuł już chyba w ogóle tego, jak dym gryzł w gardło - zbyt długo pochłaniał jeden za drugim najtańsze, najbardziej łajdackie marki.
- Myślę, że miałem szczęście, a nie pecha - odpowiedział na pytanie sprzed chwili. - Sory za zaśmianie się z ki... kiciu... siaaaa... apsik!
Cóż, jak już o losie mowa, to los miał swoje priorytety i czasami zdawał się być w zmowie z każdym, tylko nie z nim. Zniknął z tej cholernej Ostary, chociaż powinien być na niej jeszcze przez kwadrans. Wcale nie chciał się teleportować, a teraz wirował w przestrzeni, tak bardzo zryło mu to banię, ta niepewność gdzie właściwie miał się pojawić i dlaczego jakaś tajemnicza siła ściągała go akurat teraz, a nie kiedy rozstał się z Saurielem, ale jego pierwszą myślą, tak na wypadek gdyby miał się rozszczepić, była Ida.
I to naprzeciwko niej pojawił się nagle, przyłapując ją na spacerze z reklamówką pełną butelek z okolicznego sklepu osiedlowego.
- Ah, kurr... - zaklął, bo po czymś takim nawet jemu zrobiło się niedobrze.
- Al... nie wierzę, każdego bym podejrzewała o zerwanie się z pracy, ale TY?
- Miałem... - oczywiście, że nie przyzna się do kichnięcia jak mocnego, aby się teleportować z DOLINY GODRYKA - dosyć ściągania kotów z drzew.
Wyciągnął tę reklamówkę z dłoni siostry i ruszyli w kierunku jej mieszkania.
Koniec sesji
fear is the mind-killer.