Nigdy nie sądził, że ucieszy się na widok kogoś rzygającego mętną wodą na jego spodnie, a jednak tak właśnie było. Ogarnął z czoła Neila jego włosy czułym gestem. W połączeniu ze skórą niedoszłego topielca, dotyk był niezwykle ciepły, inaczej niż normalnie. Morpheus odetchnął, napięcie zniknęło z jego ramion. Przyciągnął swoją szatę, którą zdjął przed wejściem do wody i naciągnął na Neila, aby dać mu chociaż odrobinę ciepła.
Sam zaczął odczuwać krępujące tarcie na skórze od szorstkiego, namokniętego lnu, który wpijał się w ciało przy każdym ruchu. Tylko umagiczniony żel trzymał jego włosy, a kropelki i tak spływały mu po twarzy. Prawie jak łzy, których nie musiał wylewać. Uświadomienie, że nie zniósłby kolejnej straty w tak krótkim czasie uderzyła go z siłą całego Dworu Mieczy, koloru w Tarocie, który odpowiada za nieszczęście i tragedię, za rozum, nosi najwięcej symboliki cierpienia. Nie mógł oderwać dłoni od Theo, gładząc go po ramionach, próbując zostawić mu przestrzeń do oddychania.
— Dzięki Neptunowi, żyjesz. Wróciłeś. Bałem się, że cię straciłem. Oddychaj, głęboko oddychaj.
Wziął sam głęboki wdech i w tym momencie zaczął kaszleć, aż musiał złapać się za klatkę piersiową i zgiąć nieco w pół. Wyrzucił z siebie resztki paskudnego mułu i otarł twarz rękawem. Gdyby nie zmieniacz czasu, oboje straciliby życia w toni, o krok od domu. Zacisnął zęby i odsunął się nieco od Neila, poprawiając poły szaty na ramionach młodzieńca, pachnącej jego stresem oraz kadzidlaną wodą po goleniu, której zazwyczaj używał.
Rosły w nim coraz większe wyrzuty sumienia, jak słaby był, jak wszystkich ciągnął na dno. Dobrze, że łzy dało się wytłumaczyć wodą dookoła, tak samo jak urywany oddech.
— Jestem tutaj, jesteś bezpieczny — mówił tak, jakby próbował przekonać sam siebie, że rzeczywiście był bohaterem tej opowieści, że go uratował, nie ktoś z innego czasu, lepsza wersja z innych światów, piękniejsza, silniejsza, bardziej pewna siebie. Może nawet szczęśliwy on.
— Co się stało?