07.02.2024, 18:59 ✶
Przewróciła oczyma, słysząc rozmowę. W tej pracy trochę nie dało się nie wierzyć w przepowiednie, zwłaszcza jeśli natykało się na jakąś, a potem dochodziło do wniosku, że dane wydarzenia rozgrywały się po ich wygłoszeniu. Albo żyło się po prostu w magicznym społeczeństwie, gdzie posiadacze trzeciego oka nie zaliczali się do grona kosmitów (podobno to właśnie oni wznieśli egipskie piramidy… PODOBNO). Ale żeby aż tak, co chwilę, o byle pierdnięcie próbować zajrzeć w przyszłość? To kapkę jednak nie wpisywało się w poglądy Lety, zwłaszcza że…
- Ginny, kochaniutka, obawiam się, że żadna wróżba tu nie pomoże. Jak nie urok, to sraczka, coś wyskoczy albo i nie, a nawet jeśli wyskoczy zgodnie z wróżbą, to i tak w najmniej spodziewanym momencie - wtrąciła się - Wiesz, jak się przyjrzeć niektórym relacjom kronikarzy dawnych dziejów, to nietrudno odkryć, że czasem niektórzy mieli wręcz sraczkę, bo jeden z drugim przepowiadali nieurodzaj... którego nie było. Albo lepiej, wróżba mówiła, że będzie wojna, więc musiała być wojna, zamiast normalnie usiąść sobie przy stole i pogadać nad kuflem piwa. Bo po co dojść do porozumienia, skoro komuś we wróżbie wyszła jatka i koniec, kropka, hm? - roztrajkotała się trochę. Nie ma co; wrózbiarstwo to naprawdę była bardzo nieostra dziedzina, trudno ją uznać za w jakimkolwiek stopniu naukową. Jeden powie tak, drugi siak i weź tu bądź mądry i zgaduj, co tak naprawdę czekało w przyszłości!
Nie mówiąc już o tym, że część przepowiedni działała na zasadzie samospełnienia się. Weźmie jeden z drugim oberwie wieszczbą między oczy i koniec, jak mu się nie podoba i tego nie chce, to i tak postępuje w sposób, który prowadzi do przewidzianego efektu, zamiast pójść po rozum do łepetyny.
- Jak będziesz chciał, to możemy potem pomyśleć - mruknęła, w zawoalowany sposób dając znać, jakie dokładnie myślenie miała na myśli. Bo może dałoby się szkodnika (szkodniki?) przyskrzynić w mało przyjemny sposób... - I nie lepiej mu zniknąć po prostu głowę? Albo dłonie, żeby nie mógł trzymać różdżki? W zasadzie czy on w ogóle potrzebuje różdżki? - zainteresowała się bliżej, decydując się na wsadzenie ręki do podręcznej torby, przewieszonej przez ramię. Po to, żeby wydobyć z niej zaraz nieszczególnie wielkie pudełko, zawierające...? Opakowanie tego nie raczyło zdradzać.
- Miałam ci to dać później, ale coś widzę, że bardziej przyda ci się teraz - stwierdziła, wyciągając pakunek w stronę Cala. I wkrótce zmierzyła go bardzo, bardzo uważnym spojrzeniem, gdy padła subtelna sugestia o kłopotach chodzących w parach... no tak, może i były tu dwie, zgadza się. W pewnym sensie stanowiły parę, to też się zgadza. Ale że kłopoty? Naprawdę? Panie Shafiq, weź pan może oddaj mi to pudełko, sama w takim razie zjem... (oczywiście zwrotu nie zażądała).
Przekroczenie progu Ollivanderów przypominało trochę cofnięcie się w przeszłość. Była tu... dawno. Bardzo dawno. Całe lata temu i w zasadzie jak do tej pory - jeszcze nie miała potrzeby wymienić swojego kijka na inny; i może lepiej niech tak pozostanie. Co bynajmniej nie przeszkadzało jej w rozejrzeniu się po pomieszczeniu, nie mówiąc już o pewnej myśli, jaka przemknęła przez łepetynę... a może...?
Z zamyślenia wyrwało ją pytanie, którego w zasadzie się nie spodziewała. We wspomnieniach wizyta sprowadzała się to stwierdzenia, która ręka ma moc, zmierzenia paru rzeczy i machania, machania, machania... aż w końcu coś "zaskoczy" i różdżka wypuści iskry.
- Tylko trzy słowa? - prawie że się oburzyła - Ja tu mogę dać o wiele więcej niż tylko trzy słowa; ba, nawet nie jestem pewna, czy to jest możliwe, żeby opisać tylko trzema - parsknęła i wypaliła, prawie że bez namysłu - Twardogłowy, cierpliwy, bezczelny... - urwała, żeby zaczerpnąć powietrza, ale ewidentnie gotowa, żeby dalej ciągnąć litanię; chyba że ktoś się wetnie...?
- Ginny, kochaniutka, obawiam się, że żadna wróżba tu nie pomoże. Jak nie urok, to sraczka, coś wyskoczy albo i nie, a nawet jeśli wyskoczy zgodnie z wróżbą, to i tak w najmniej spodziewanym momencie - wtrąciła się - Wiesz, jak się przyjrzeć niektórym relacjom kronikarzy dawnych dziejów, to nietrudno odkryć, że czasem niektórzy mieli wręcz sraczkę, bo jeden z drugim przepowiadali nieurodzaj... którego nie było. Albo lepiej, wróżba mówiła, że będzie wojna, więc musiała być wojna, zamiast normalnie usiąść sobie przy stole i pogadać nad kuflem piwa. Bo po co dojść do porozumienia, skoro komuś we wróżbie wyszła jatka i koniec, kropka, hm? - roztrajkotała się trochę. Nie ma co; wrózbiarstwo to naprawdę była bardzo nieostra dziedzina, trudno ją uznać za w jakimkolwiek stopniu naukową. Jeden powie tak, drugi siak i weź tu bądź mądry i zgaduj, co tak naprawdę czekało w przyszłości!
Nie mówiąc już o tym, że część przepowiedni działała na zasadzie samospełnienia się. Weźmie jeden z drugim oberwie wieszczbą między oczy i koniec, jak mu się nie podoba i tego nie chce, to i tak postępuje w sposób, który prowadzi do przewidzianego efektu, zamiast pójść po rozum do łepetyny.
- Jak będziesz chciał, to możemy potem pomyśleć - mruknęła, w zawoalowany sposób dając znać, jakie dokładnie myślenie miała na myśli. Bo może dałoby się szkodnika (szkodniki?) przyskrzynić w mało przyjemny sposób... - I nie lepiej mu zniknąć po prostu głowę? Albo dłonie, żeby nie mógł trzymać różdżki? W zasadzie czy on w ogóle potrzebuje różdżki? - zainteresowała się bliżej, decydując się na wsadzenie ręki do podręcznej torby, przewieszonej przez ramię. Po to, żeby wydobyć z niej zaraz nieszczególnie wielkie pudełko, zawierające...? Opakowanie tego nie raczyło zdradzać.
- Miałam ci to dać później, ale coś widzę, że bardziej przyda ci się teraz - stwierdziła, wyciągając pakunek w stronę Cala. I wkrótce zmierzyła go bardzo, bardzo uważnym spojrzeniem, gdy padła subtelna sugestia o kłopotach chodzących w parach... no tak, może i były tu dwie, zgadza się. W pewnym sensie stanowiły parę, to też się zgadza. Ale że kłopoty? Naprawdę? Panie Shafiq, weź pan może oddaj mi to pudełko, sama w takim razie zjem... (oczywiście zwrotu nie zażądała).
Przekroczenie progu Ollivanderów przypominało trochę cofnięcie się w przeszłość. Była tu... dawno. Bardzo dawno. Całe lata temu i w zasadzie jak do tej pory - jeszcze nie miała potrzeby wymienić swojego kijka na inny; i może lepiej niech tak pozostanie. Co bynajmniej nie przeszkadzało jej w rozejrzeniu się po pomieszczeniu, nie mówiąc już o pewnej myśli, jaka przemknęła przez łepetynę... a może...?
Z zamyślenia wyrwało ją pytanie, którego w zasadzie się nie spodziewała. We wspomnieniach wizyta sprowadzała się to stwierdzenia, która ręka ma moc, zmierzenia paru rzeczy i machania, machania, machania... aż w końcu coś "zaskoczy" i różdżka wypuści iskry.
- Tylko trzy słowa? - prawie że się oburzyła - Ja tu mogę dać o wiele więcej niż tylko trzy słowa; ba, nawet nie jestem pewna, czy to jest możliwe, żeby opisać tylko trzema - parsknęła i wypaliła, prawie że bez namysłu - Twardogłowy, cierpliwy, bezczelny... - urwała, żeby zaczerpnąć powietrza, ale ewidentnie gotowa, żeby dalej ciągnąć litanię; chyba że ktoś się wetnie...?