Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, to co właśnie miało miejsce rzeczywiście można było uznać za całkiem niefortunne. W czasie, kiedy Theon starał się poukładać swoje życie, naprawić relacje jakie łączyły go z Lycoris, jego bliscy cichaczem planowali zaręczyny. Zdecydowali się na to, aby jeszcze bardziej skomplikować sprawy. Od jak dawna o tym myśleli? Od jak dawna rozmawiali o tym rodzice jego i Cynthii?
Bo przecież takie rzeczy nie działy się tak po prostu. Z dnia na dzień.
- Jakoś nie w smak mi pozostawanie na widoku. - spojrzał przez ramie, w stronę budynku oraz okien. Niby zawieszone były firany, eleganckie zasłony, ale nie miał wątpliwości, że ich obserwowali. Delilah nie byłaby sobą, gdyby nie trzymała ręki na pulsie. Zawsze starała się wszystko kontrolować. Czasami nawet bardziej niż powinna.
Prowadziło to do spięć wewnątrz rodziny.
W przeciwieństwie do Cynthii, nie bawił się w pozory. Nie starał się niczego udawać. Może i nie zachowywał się tak jak zawsze, tak jak miał w zwyczaju, ale Theon nadal był sobą - sobą wyprowadzonym w jakiejś części z równowagi. Swojego braku zadowolenia nie ukrywał. W zasadzie to nawet nie myślał o tym, w jaki sposób to wszystko miałoby zostać odebrane przez Cynthie. Nie przeszło mu przez myśl, że ta jego jawna niechęć mogłaby drugą stronę w jakimś stopniu dotknąć. Może nawet zranić?
- Uszczęśliwiają... - zaśmiał się, ale brzmiało to tak trochę ponuro. Nie było w tym zbyt wiele radości. Czyżby Flint to wszystko umknęlo? Od czasu sabatu z okazji Beltane, pomiędzy nim a Lycoris nie było kolorowo. Może gdyby miał możliwość nieco wcześniej wszystko jej wyjaśnić... nie, to nie był odpowiedni moment na to, aby myśleć o Black. - Skoro tak uważasz. - zamiast kontynuować temat Black, kolejne słowa wypowiedział już w reakcji na spostrzeżenie Cynthii dotyczące pracy. Czy faktycznie lubił swoją robotę? Chyba sam już nie był tego pewien. Na pewno wolał zajmować się tym, niż podporządkować się w tym względzie swojej rodzinie.
Z wiadomych względów, Traversowie nie spoglądali przychylnym wzrokiem na Ministerstwo Magii. Podobnie jak i na związanych z nim czarodziejów.
Nieśpiesznie pokonywali kolejne metry, coraz bardziej oddalali się od budynku, zbliżali się do altany, o której Theon wcześniej mówił; którą wskazał jako ustronne miejsce. Zapewniające prywatność, która zawsze była w cenie. Po drodze cały czas zajęty był swoim papierosem. Dość szybko zdołał go wypalić. Pozostałości tak po prostu rzucił na ziemie. Dogasił przy pomocy buta.
- Długo masz zamiar tak pierdolić? - może postawił na zbyt dużą bezpośredniość, może był przy tym za bardzo niegrzeczny, ale w pewnym momencie tak po prostu zatrzymał się, odwrócił w kierunku Cynthii. Zadał to pytanie. On sam nie potrafił funkcjonować w ten sposób. Pod płaszczykiem pozorów. Nie był dobrym aktorem, ale też nie próbował. Patrząc na Theona to właśnie Theona miało się przed sobą. Prawdziwego. Szczerego, choć nie zawsze było to przyjemne. - Nie wiem jak Ty, ale ja jestem po prostu wkurwiony. Nie potrzebuje, żeby układali mi życie.
Bo przecież sam potrafił się swoim życiem zająć. Czasami wiązało się z tym trochę chaosu, ale jakoś dawał radę. Był nawet zadowolony z tego, jak ono wyglądało. Nie uważał, żeby przedstawiało się jakoś szczególnie tragicznie.