Wplótł palce w mokre pasma włosów Neila, dreszcze przebiegły mu przez kręgosłup. Bardzo często nienawidził tego, że jest synem swojej matki, a jednak teraz właśnie to błyszczało w nim. Czasozmieniacz, wiszący na jego szyi, w tajemnicy przed wszystkimi, oraz jasnowidzenie, które w ogóle dało mu możliwość, aby dotrzeć do Enfera na czas. Nikomu nigdy nie mówił o zmieniaczu, wiedziała jedynie najbliższa rodzina, bo była to magia dalece wykraczająca poza rozumowanie nawet czarodziejów, swoista bomba atomowa, niebezpieczna i niesamowicie niestabilna. Jasnowidzenie, ono znów było tak bardzo niestabilne, że niektórzy zwyczajnie uważali wieszczów i proroków, za szarlatanów.
Badał mężczyznę dłońmi, przesuwając po plecach i ramionach, aby zobaczyć, czy teraz nie wykrwawia mu się na rękach, ale najwyraźniej nie, bestia, która zaciągnęła go pod wodę, nie zdążyła go ugryźć.
— Tak się cieszę, że żyjesz — odpowiedział, otulając ramionami czarodzieja i przyciskając do siebie jego zmarznięte ciało. Robiło się ciemno, a co za tym idzie chłodno. Czuł, jak z każdym powiewem wietrzyku, na skórze rozlewa się gęsia skórka. Nie było zimno, późne dni czerwca łaskawie pobłogosławiły ich wszystkich piękną pogodą oraz kilkoma naprawdę upalnymi dniami, więc nie musieli martwić się o ewentualne zapalenie płuc. Jednakże nadal ubrania, nasiąknięte lodowatą wodą, śmierdzące mułem i sztywniejące od minerałów w wodzie, schładzały ich skórę.
— Chyba lubisz wpadać w tarapaty, co? Czy wpadasz w tarapaty, bo mnie poznałeś? Przyznaj się — zapytał lekkim tonem. Żyjąc nawet w okolicach rodziny Longbottomów, nie dało się nie odczuwać nieoficjalnej klątwy tej rodziny, która była definicją przekleństwa, które powtarzali sobie Chińczycy. Obyś żył w ciekawych czasach. Cała rodzina Morpheusa była szczytem definicji ciekawości i butnej odwagi. Ciągle ładowali się w jakieś tarapaty i tańczyli na krawędzi unicestwienia. Nic dziwnego, że Godryk postawił na taką dużą ilość potomstwa; młody Frank mógł nieść pochodnię nazwiska i rodowej dumy. — I co tu robisz?
Tak naprawdę mniej go obchodziły odpowiedzi, a bardziej próbował wyrwać Neila z mroku wydarzeń, tego, co się mogło wydarzyć. Wschodzący księżyc błyszczał, cykady trzeszczały swoimi odnóżami w trzcinie, a rechot żab śpiewał pieśń zapomnienia. Oboje byli jedynym dowodem na to, że cokolwiek złego mogło się tu zdarzyć. Jeziora były właśnie takie, zdradliwe. Rzeki? Jeszcze gorsze. Morza i oceany? Prawdziwe koszmary, nieopanowane, potężne i śmiałe. Morpheus obawiał się morza i je kochał.