09.02.2024, 03:23 ✶
Doniesienia Stewarda niezbyt go zaskoczyły. A może inaczej: ta cała sprawa była cholernie niepokojąca, jednak jego historia trzymała się kupy. Była logiczna, na tyle ile zaświaty mogły się poddać prawom realnego świata, który był im tak dobrze znany. Dla przedstawicieli kowenu wejście do Limbo przez Czarnego Pana było desakracją ich świętości. Był obcym elementem, który na dodatek sprowadził do obcego środowiska czarną magię. Drużyna Stewarda też musiała zostać uznana przez tamtejsze byty za coś nienaturalnego. Część do nich lgnęła przez naturalną energię życiową, jaką ze sobą przynieśli, ale najwyraźniej to nie pożywienie się było ich głównym celem. Ochrona. Odsunięcie od ich celu. Troska o żyjących, czy próba ukrycia tego, co leżało głębiej w Limbo?
— Jednością z ogniem czy jednością z ojcem? — zapytał automatycznie, dopiero po chwili orientując się, że najprawdopodobniej po prostu nie dosłyszał. Ułożył usta w przepraszającym uśmiechu. — Wybacz, raczej chodziło o ogień. Polana ognisk, ogniska w Limbo. Ma to sens. — Podrapał się za uchem. — Idziesz dobrym tropem. To faktycznie brzmi jak test. Podobny koncept występuje w innych kulturach.
Za nic w świecie by nie pomyślał, że wiedza wyniesiona ze studiów Historii Magii i niezliczonych konsultacji za granicą m.in. w zespołach archeologicznych Cathala nagle okaże się ważna w przypadku Patricka Stewarda. Z jakiegoś powodu te dwie koncepcje nie potrafiły pozostać w zgodzie w głowie Sebastiana. Ułożył wygodniej głowę na oparciu fotela, wbijając spojrzenie w plamę na suficie. Cholera, powinien był to wyczyścić już dawno temu. Czasami ignorowało się taki syf, dopóki nie przychodzili goście. A on rzadko miewał gości.
— W starożytnym Tybecie ponoć występowało coś o nazwie bardo. Dusza przez bite dwa miesiące miała doświadczać najróżniejszych wizji i iluzji. Ocena karmy, potencjał na oczyszczenie i ostateczne wyniesienie. Tylko dusza, która odrzuciła wizje jako fałszywe była w stanie osiągnąć oświecenie. — Odchrząknął cicho, poprawiając się na siedzisku. — Egipcjanie też mają swoją wersję... Sąd Ozyrysa. Na jednej szalce lądowało serce zmarłego, a na drugiej pióro bogini prawdy. Zmarły się spowiadał, a jeśli jego grzechy przeważyły szalę, dusza była pochłaniana przez potwora. W przeciwnym wypadku zmarły przenosił się do raju.
Wspomnienia. Duchy. Ogień. Martwa Matka, dodał Sebastian, pomimo tego, że starał się odrzucić tę informację jako prawdziwą. Czarny Pan w Limbo. Brygadziści w Limbo. Zimni. Co łączyło te wszystkie elementy? Każdy, kto wszedł do Limbo, został poddany sprawdzianowi. Siły woli? Chęci życia lub połączenia się ze zmarłymi? Czy Czarny Pan też coś tam widział? Ludzie z natury igrali ze śmiercią, balansowali na krawędzi przepaści, przekonani o swojej nieśmiertelności, dopóki pierwszy raz nie skosztowali własnej krwi. Czy ta zasada działała też po drugiej stronie? Ludzka ciekawość poprowadziła ich do ognia, ale jakaś kotwica utrzymała przy zdrowych zmysłach?
Tylko czemu są jak żywe trupy?, zachodził w głowę Sebastian. Cichy głosik w jego głowie podsuwał mu najprostszą z możliwych odpowiedzi: kara boska. Bez żadnego przygotowania weszli do domeny, jaka nie była im przeznaczona. Musieli doświadczyć konsekwencji. Limbo próbowało ich z początku odwieść od dalszej wędrówki, ale zaraz znów skusiło. Kilka sił działało w Limbo na raz? A może dusze były jak ludzie; po zjawieniu się w nowym świecie, eksplorowali go, badali, mieli na niego wpływ, ale tak jak prawdziwy świat, tak i zaświaty miały swoje naturalne niebezpieczeństwa? Macmillana zaczynała boleć od tego wszystkiego głowa. A potem usłyszał nazwisko jednej z nielicznych osób, jaką mógłby nazwać przyjacielem.
— Kamień archeologów? — sapnął, nachylając się ku Patrickowi, nie do końca wierząc własnym uszom. Kolejny elementem układanki? Już nie wiedział, co począć z tymi informacjami. Jego myśli powędrowały ku Cathalowi, który obecnie pewnie dalej przebywał na wykopaliskach. Czy wiedział cokolwiek o tej sprawie? Czy powinien o nim napomknąć Stewardowi? Zacisnął usta w cienką linię. — Skąd wiesz, że to coś od nich?
Zmarszczył brwi. Najpierw twierdził, że wizje utrudniają mu codzienne życie, a zaraz rzucał tekstem ''skoro to tylko wspomnienia to i tak nie mają znaczenia"? Przecież to się kompletnie wykluczało. W umyśle Sebastiana zaświtały dawne wspomnienia. Niezliczone rozmowy z wiernymi podczas wizyt duszpasterskich po Yule czy dyskusji w miejscach kultu i na whitecroftowskich sabatach. Ludzie igrali ze śmiercią, ale nadziei na lepsze trzymali się do końca. Należało dać jej rozkwitnąć.
— Cieszę się, że chociaż trochę cię uspokoiłem. — Uśmiechnął się minimalnie na makabryczny dowcip Patricka. Pokręcił powoli głową, po czym zamachnął się powoli, ciskając w mężczyznę poduszką, którą do tej pory ściskał. — Naprawdę? Bo tekst o wygrzaniu ci łóżka tak, że cię rozpali, wydaje się zbyt dobry, żeby z niego nie skorzystać. Nie wierzę, że Pani Aniela z recepcji Działu Duchów jeszcze go nie wypróbowała, biorąc pod uwagę, jak często mnie odwiedzacie.
I przynosicie ze sobą coraz to nowe kłopoty, dokończył w myślach, darując sobie jednak tę uwagę. Żarty... Tak się zachowywali normalni ludzie, których łączyły pozytywne relacje. Czy ta, którą dzielił z Patrickiem, właśnie się zaciskała? Niewykluczone. Nie udało mu się zbyt długo nacieszyć tę rewelacją, bo zaraz dostał na tacy kolejną tajemnicę. Stłumił ciężkie westchnienie i skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
— Wizje to sugestie, a nie instrukcja — odparował, czując uciążliwe drapanie w gardle. — Niestety z przyszłością nie mam zbyt wiele wspólnego. Tutaj by się chyba bardziej nadała jakaś wróżka... O! Jak ten no... Z plakatami na każdym słupie na Pokątnej. — Zaczął rozmasowywać sobie środek czoła, jakby to mogło pobudzić jego umysł. — Mistrz Dolohov? Jakieś dzieciaki mu ostatnio dorysowały rogi i wąsy na Pokątnej.
Prawie się zaśmiał w głos, uderzając lekko zaciśniętą pięścią o swoje kolano. Co za durny tytuł. To tak samo, jak nauczyciele Eliksirów w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie kazali się nazywać Mistrzami Eliksirów. I kto niby nadawał taki tytuł? Rada Mistrzów? A może społeczeństwo w jakimś plebiscyście, którego istnienia Macmillan nie był świadomy. Na pytanie Patricka pokiwał głową.
— Na pewno nie zaszkodzi.
— Jednością z ogniem czy jednością z ojcem? — zapytał automatycznie, dopiero po chwili orientując się, że najprawdopodobniej po prostu nie dosłyszał. Ułożył usta w przepraszającym uśmiechu. — Wybacz, raczej chodziło o ogień. Polana ognisk, ogniska w Limbo. Ma to sens. — Podrapał się za uchem. — Idziesz dobrym tropem. To faktycznie brzmi jak test. Podobny koncept występuje w innych kulturach.
Za nic w świecie by nie pomyślał, że wiedza wyniesiona ze studiów Historii Magii i niezliczonych konsultacji za granicą m.in. w zespołach archeologicznych Cathala nagle okaże się ważna w przypadku Patricka Stewarda. Z jakiegoś powodu te dwie koncepcje nie potrafiły pozostać w zgodzie w głowie Sebastiana. Ułożył wygodniej głowę na oparciu fotela, wbijając spojrzenie w plamę na suficie. Cholera, powinien był to wyczyścić już dawno temu. Czasami ignorowało się taki syf, dopóki nie przychodzili goście. A on rzadko miewał gości.
— W starożytnym Tybecie ponoć występowało coś o nazwie bardo. Dusza przez bite dwa miesiące miała doświadczać najróżniejszych wizji i iluzji. Ocena karmy, potencjał na oczyszczenie i ostateczne wyniesienie. Tylko dusza, która odrzuciła wizje jako fałszywe była w stanie osiągnąć oświecenie. — Odchrząknął cicho, poprawiając się na siedzisku. — Egipcjanie też mają swoją wersję... Sąd Ozyrysa. Na jednej szalce lądowało serce zmarłego, a na drugiej pióro bogini prawdy. Zmarły się spowiadał, a jeśli jego grzechy przeważyły szalę, dusza była pochłaniana przez potwora. W przeciwnym wypadku zmarły przenosił się do raju.
Wspomnienia. Duchy. Ogień. Martwa Matka, dodał Sebastian, pomimo tego, że starał się odrzucić tę informację jako prawdziwą. Czarny Pan w Limbo. Brygadziści w Limbo. Zimni. Co łączyło te wszystkie elementy? Każdy, kto wszedł do Limbo, został poddany sprawdzianowi. Siły woli? Chęci życia lub połączenia się ze zmarłymi? Czy Czarny Pan też coś tam widział? Ludzie z natury igrali ze śmiercią, balansowali na krawędzi przepaści, przekonani o swojej nieśmiertelności, dopóki pierwszy raz nie skosztowali własnej krwi. Czy ta zasada działała też po drugiej stronie? Ludzka ciekawość poprowadziła ich do ognia, ale jakaś kotwica utrzymała przy zdrowych zmysłach?
Tylko czemu są jak żywe trupy?, zachodził w głowę Sebastian. Cichy głosik w jego głowie podsuwał mu najprostszą z możliwych odpowiedzi: kara boska. Bez żadnego przygotowania weszli do domeny, jaka nie była im przeznaczona. Musieli doświadczyć konsekwencji. Limbo próbowało ich z początku odwieść od dalszej wędrówki, ale zaraz znów skusiło. Kilka sił działało w Limbo na raz? A może dusze były jak ludzie; po zjawieniu się w nowym świecie, eksplorowali go, badali, mieli na niego wpływ, ale tak jak prawdziwy świat, tak i zaświaty miały swoje naturalne niebezpieczeństwa? Macmillana zaczynała boleć od tego wszystkiego głowa. A potem usłyszał nazwisko jednej z nielicznych osób, jaką mógłby nazwać przyjacielem.
— Kamień archeologów? — sapnął, nachylając się ku Patrickowi, nie do końca wierząc własnym uszom. Kolejny elementem układanki? Już nie wiedział, co począć z tymi informacjami. Jego myśli powędrowały ku Cathalowi, który obecnie pewnie dalej przebywał na wykopaliskach. Czy wiedział cokolwiek o tej sprawie? Czy powinien o nim napomknąć Stewardowi? Zacisnął usta w cienką linię. — Skąd wiesz, że to coś od nich?
Zmarszczył brwi. Najpierw twierdził, że wizje utrudniają mu codzienne życie, a zaraz rzucał tekstem ''skoro to tylko wspomnienia to i tak nie mają znaczenia"? Przecież to się kompletnie wykluczało. W umyśle Sebastiana zaświtały dawne wspomnienia. Niezliczone rozmowy z wiernymi podczas wizyt duszpasterskich po Yule czy dyskusji w miejscach kultu i na whitecroftowskich sabatach. Ludzie igrali ze śmiercią, ale nadziei na lepsze trzymali się do końca. Należało dać jej rozkwitnąć.
— Cieszę się, że chociaż trochę cię uspokoiłem. — Uśmiechnął się minimalnie na makabryczny dowcip Patricka. Pokręcił powoli głową, po czym zamachnął się powoli, ciskając w mężczyznę poduszką, którą do tej pory ściskał. — Naprawdę? Bo tekst o wygrzaniu ci łóżka tak, że cię rozpali, wydaje się zbyt dobry, żeby z niego nie skorzystać. Nie wierzę, że Pani Aniela z recepcji Działu Duchów jeszcze go nie wypróbowała, biorąc pod uwagę, jak często mnie odwiedzacie.
I przynosicie ze sobą coraz to nowe kłopoty, dokończył w myślach, darując sobie jednak tę uwagę. Żarty... Tak się zachowywali normalni ludzie, których łączyły pozytywne relacje. Czy ta, którą dzielił z Patrickiem, właśnie się zaciskała? Niewykluczone. Nie udało mu się zbyt długo nacieszyć tę rewelacją, bo zaraz dostał na tacy kolejną tajemnicę. Stłumił ciężkie westchnienie i skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
— Wizje to sugestie, a nie instrukcja — odparował, czując uciążliwe drapanie w gardle. — Niestety z przyszłością nie mam zbyt wiele wspólnego. Tutaj by się chyba bardziej nadała jakaś wróżka... O! Jak ten no... Z plakatami na każdym słupie na Pokątnej. — Zaczął rozmasowywać sobie środek czoła, jakby to mogło pobudzić jego umysł. — Mistrz Dolohov? Jakieś dzieciaki mu ostatnio dorysowały rogi i wąsy na Pokątnej.
Prawie się zaśmiał w głos, uderzając lekko zaciśniętą pięścią o swoje kolano. Co za durny tytuł. To tak samo, jak nauczyciele Eliksirów w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie kazali się nazywać Mistrzami Eliksirów. I kto niby nadawał taki tytuł? Rada Mistrzów? A może społeczeństwo w jakimś plebiscyście, którego istnienia Macmillan nie był świadomy. Na pytanie Patricka pokiwał głową.
— Na pewno nie zaszkodzi.