11.02.2024, 22:32 ✶
- Jak dla mnie to w ostatecznym rozrachunku i tak wychodzi na jedno i tak – skwitowała, najwyraźniej nie planując zmienić zdania w tej materii. Przyszłość można było zmienić, co sama McGonagall przyznała, a to koniec końców sprawiało, że zarówno wizje, jak i znaki nie stanowiły ostatecznego wyroku. Inaczej rzecz ujmując: wyskoczy albo nie. W najmniej spodziewanym momencie, nawet jeśli na zaglądanie w przyszłość w teorii składało się również i określenie jakiegoś przedziału czasowego.
Czy Crouch miała naturę bohatera? Czy wybierała walki, których wygrać nie mogła? Bo taką niewątpliwie byłoby starcie się z całym tym Latajkiem. Tak po prawdzie, zapewne bardziej prawdopodobne by było zaproszenie go na herbatkę, żeby sobie porozmawiać o nekromantycznych sprawach (aczkolwiek nie, nie zaliczała się do popierających jego sprawę; po prostu: niemalże wręcz towarzyska rozmowa w celu poszerzenia horyzontów) niż faktyczne uniesienie różdżki, żeby się z nim zetrzeć.
W imię czego?
Zapewne musiałoby jej na czymś – kimś – bardzo zależeć, żeby rzeczywiście postarać się zniknąć łepetynę najpotężniejszego – jak mawiano – czarnoksiężnika. A tak… to pozostało jedynie unieść dość wysoko brwi i parsknąć, kręcąc łepetyną. Aczkolwiek w tej materii obyło się bez komentarza, skoro różdżkarz był tuż-tuż.
- … gdybym opisywała siebie, to użyłabym całkiem innych słów – wyrzuciła z siebie nieomal natychmiastowo. Wtręt ten kapkę wybił ją z rytmu, przez co trzy słowa nie zamieniły się koniec końców w litanię o długości takiej, że jeden zwój pergaminu to byłoby za mało. O wiele za mało.
Tak czy siak, wychodziło na to, że jednak nakierowały sprzedawcę na potencjalnie właściwe różdżki. Aczkolwiek kusiło przewrócić oczyma, gdy napomknął o otwartości umysłu; aha, mogłaby z tym polemizować i to mocno. Ale heban i berberys… Czerń hebanu niewątpliwie miała swój elegancki urok, tyle że nie o to w tym chodziło. Przymrużyła nieznacznie oczy, obserwując Cala.
Nie można powiedzieć, żeby nie przywodziło to na myśl pewnych wspomnień...
Czy Crouch miała naturę bohatera? Czy wybierała walki, których wygrać nie mogła? Bo taką niewątpliwie byłoby starcie się z całym tym Latajkiem. Tak po prawdzie, zapewne bardziej prawdopodobne by było zaproszenie go na herbatkę, żeby sobie porozmawiać o nekromantycznych sprawach (aczkolwiek nie, nie zaliczała się do popierających jego sprawę; po prostu: niemalże wręcz towarzyska rozmowa w celu poszerzenia horyzontów) niż faktyczne uniesienie różdżki, żeby się z nim zetrzeć.
W imię czego?
Zapewne musiałoby jej na czymś – kimś – bardzo zależeć, żeby rzeczywiście postarać się zniknąć łepetynę najpotężniejszego – jak mawiano – czarnoksiężnika. A tak… to pozostało jedynie unieść dość wysoko brwi i parsknąć, kręcąc łepetyną. Aczkolwiek w tej materii obyło się bez komentarza, skoro różdżkarz był tuż-tuż.
- … gdybym opisywała siebie, to użyłabym całkiem innych słów – wyrzuciła z siebie nieomal natychmiastowo. Wtręt ten kapkę wybił ją z rytmu, przez co trzy słowa nie zamieniły się koniec końców w litanię o długości takiej, że jeden zwój pergaminu to byłoby za mało. O wiele za mało.
Tak czy siak, wychodziło na to, że jednak nakierowały sprzedawcę na potencjalnie właściwe różdżki. Aczkolwiek kusiło przewrócić oczyma, gdy napomknął o otwartości umysłu; aha, mogłaby z tym polemizować i to mocno. Ale heban i berberys… Czerń hebanu niewątpliwie miała swój elegancki urok, tyle że nie o to w tym chodziło. Przymrużyła nieznacznie oczy, obserwując Cala.
Nie można powiedzieć, żeby nie przywodziło to na myśl pewnych wspomnień...