12.02.2024, 03:49 ✶
Dziś ciemna była toń nieba, nieznacznie jednak spłoszona przez reflektory krzykliwych, ulicznych świateł – niby noc polarna w swej pełnej i rozłożystej krasie, w co Diana zapewne skłonna byłaby uwierzyć.
Powitała go w wyuzdanej podomce, tak jak zawsze zresztą, absolutnie niepewna czy jej pragnie czy ta wewnętrzna pożoga sprawiała, że każdego dnia było go coraz mniej i w tym popiele już nie był w stanie niczego znaleźć. W rodzinnym domu Burke niezwykle rzadko - o ile też kiedykolwiek - mówiło się o emocjach; pierzchły one jak myszy, skrywając się w niewidzialnych dziurach konstrukcji ścian i siedziały spłoszone w kącie, strzygąc uszami, wpatrzone w gruby koc mroku zamierały miękko na kształtach. Siedziały odległe, niedostrzeżone poza klatką piersiową i miąższem owocu serca, poza pnączem aorty i odchodzących naczyń.
Była pewna tylko jednego – dzieliło ich wszystko, a łączyło prawdziwe szaleństwo. Nie żadne żałosne okrzyki, rozpaczliwe padanie na kolana i całowanie drewnianego krzyża. Coś poza widmową, płynną granicą, coś poza przepastnym kresem, rozbryzganego niczym fale roztarte o masyw klifu. Ale nie wiedziała dokładnie czym jest materia jego szaleństwa. Czy gdyby potrafiła, zapytałaby proste „o co ci właściwie chodzi, Jim”? I on wtedy by jej powiedział?
Chce się pieprzyć? Czy szuka tego swojego zbawienia?
Chyba ani tego ani tego, stwierdziła, gdy kierowali swoje kroki do motelu; pomyślała wtedy też o tym jak mogla dziś zginąć – podrażnili przegub granic, spojrzeli w oczy śmierci, nawet jej zasmakowali, gdy ołów smaku krwi podrażniał wyschnięty język. Odwaga niczym słowa rozpaliła się zamaszyście, wycinając w pień okalającą ich przestrzeń. Pożarła wszystko wokół nich i gdy ściągała z siebie ostatni pajęczynowy splot, zapragnęła niczego innego jak miękkiego łóżka i mocnego, ciepłego ramienia przyciskającego ją do twardej klaty.
Z każdej linii jego twarzy, każdej mimicznej zmarszczki zamarłej w strukturze włókien, z każdego błysku na tafli wnikliwych oczu mogła sczytać trudną odpowiedź, trudną, krętą reakcję na równie trudną znajomość, na obraz który tworzyli niekoherentnie od wielu długich miesięcy. Podejdź bliżej; wyczuwała drgania jego aury, żywioł, który poruszał się osnuwając jego postać. Kiedy plątał ją w swym uścisku w istocie myślała o ogniu piekielnym; o jego iskierkach i ognikach, które chciała żeby muskały jej skórę, całowały zapomniane zakamarki, o które już dawno nikt się nie troszczył, bo od dawna potrafiła już tylko dbać o niechybny dystans głoszący surową prawdę.
– Nie dotykaj mnie.
Diana jego językiem nie mówiła. Gubiła się w pokrętnych, mugolskich alegoriach i czasem ją to bawiło, czasem nawet fascynowało, czasem zaś nie miała do tego żadnej cierpliwości i wolała żeby swojej pięknej buźki jej nie obrzydzał gderaniem.
– To czego ode mnie chcesz?
Wydostała się z nieszczelnych krat jego dłoni; pacnęłaby go nawet i skarciła jak niesfornego kundla, ale siły powoli ją opuszczały. Noc wydawała się być wieczna i nieskończona, a ona przecież wraz ze wschodem słońca zamieniała się w bagnistą maszkarę (spała słodko, twardo jak kamień). Usiadła w skrzepłym milczeniu, zajęła miejsce w stosownym, pełnym grzeczności dystansie bez zbędnej szczypty pośpiechu; wysunęła bibułkę papierosa i wetknęła ją między wargi, czując niedługo później na ich wzniesieniach lekkie, przyjemne ciepło. Szept zapadłego zaklęcia rozniecił wstążeczkę dymu kołyszącą się sennie jak wątła, siwa chorągwie.
Chwile płynęły, długie i niepospieszne, czas leniwie przesuwał igły wskazówek na wizerunku zegara; dopiero chwilę potem sama podeszła do pobliskiego stolika i wyszeptał zaklęcie przywołujące niedomyty kieliszek prosto z zasobów barku. Otworzyła trunek rzekomo winny i nalała ostrożnie, zupełnie jakby obecnie tworzyli skromny wernisaż, jeden z tych, gdzie na tacy kołysał się wykwintny alkohol, mający wkrótce odnaleźć się w rękach gości, dopełnić mieszanki doznań związanych z odbiorem sztuki.
Sztuką, przedstawieniem, a może nawet cyrkiem byli oczywiście oni sami.
– Chcesz mnie ocalić, prawda? – zapytała niemalże czule, rzewnie, tak jakby zrozumienie, którym go chciała właśnie błogosławić, wywodziło się gdzieś z jej matczynych trzewi.
– Co jeśli znam sposób na wygnanie złego ducha – zaczęła stawiać kroki w jego stronę; naczynie, objęte lekko palcami migotało nieśmiało, wino kołysało się sennie, a jej głos płynął, przyjemny, cichy, spokojny. Wyciągnęła dłoń, w prostej, zawieszonej zachęcie, aby złapał jej własną.
Salazar był dziwnie milczący, a może niemogący sklecić żadnego słowa przyduszony niekończącym się rechotem. Czy zgorszyłoby go to, co Diana właśnie marynowała w głowie?
– Uderz mnie.
Ciekawe czy Jim domyślał się, że ani tej nocy, ani tego ranka, ani żadnego kolejnego miał nie wrócić już do domu.
Powitała go w wyuzdanej podomce, tak jak zawsze zresztą, absolutnie niepewna czy jej pragnie czy ta wewnętrzna pożoga sprawiała, że każdego dnia było go coraz mniej i w tym popiele już nie był w stanie niczego znaleźć. W rodzinnym domu Burke niezwykle rzadko - o ile też kiedykolwiek - mówiło się o emocjach; pierzchły one jak myszy, skrywając się w niewidzialnych dziurach konstrukcji ścian i siedziały spłoszone w kącie, strzygąc uszami, wpatrzone w gruby koc mroku zamierały miękko na kształtach. Siedziały odległe, niedostrzeżone poza klatką piersiową i miąższem owocu serca, poza pnączem aorty i odchodzących naczyń.
Była pewna tylko jednego – dzieliło ich wszystko, a łączyło prawdziwe szaleństwo. Nie żadne żałosne okrzyki, rozpaczliwe padanie na kolana i całowanie drewnianego krzyża. Coś poza widmową, płynną granicą, coś poza przepastnym kresem, rozbryzganego niczym fale roztarte o masyw klifu. Ale nie wiedziała dokładnie czym jest materia jego szaleństwa. Czy gdyby potrafiła, zapytałaby proste „o co ci właściwie chodzi, Jim”? I on wtedy by jej powiedział?
Chce się pieprzyć? Czy szuka tego swojego zbawienia?
Chyba ani tego ani tego, stwierdziła, gdy kierowali swoje kroki do motelu; pomyślała wtedy też o tym jak mogla dziś zginąć – podrażnili przegub granic, spojrzeli w oczy śmierci, nawet jej zasmakowali, gdy ołów smaku krwi podrażniał wyschnięty język. Odwaga niczym słowa rozpaliła się zamaszyście, wycinając w pień okalającą ich przestrzeń. Pożarła wszystko wokół nich i gdy ściągała z siebie ostatni pajęczynowy splot, zapragnęła niczego innego jak miękkiego łóżka i mocnego, ciepłego ramienia przyciskającego ją do twardej klaty.
Z każdej linii jego twarzy, każdej mimicznej zmarszczki zamarłej w strukturze włókien, z każdego błysku na tafli wnikliwych oczu mogła sczytać trudną odpowiedź, trudną, krętą reakcję na równie trudną znajomość, na obraz który tworzyli niekoherentnie od wielu długich miesięcy. Podejdź bliżej; wyczuwała drgania jego aury, żywioł, który poruszał się osnuwając jego postać. Kiedy plątał ją w swym uścisku w istocie myślała o ogniu piekielnym; o jego iskierkach i ognikach, które chciała żeby muskały jej skórę, całowały zapomniane zakamarki, o które już dawno nikt się nie troszczył, bo od dawna potrafiła już tylko dbać o niechybny dystans głoszący surową prawdę.
– Nie dotykaj mnie.
Diana jego językiem nie mówiła. Gubiła się w pokrętnych, mugolskich alegoriach i czasem ją to bawiło, czasem nawet fascynowało, czasem zaś nie miała do tego żadnej cierpliwości i wolała żeby swojej pięknej buźki jej nie obrzydzał gderaniem.
– To czego ode mnie chcesz?
Wydostała się z nieszczelnych krat jego dłoni; pacnęłaby go nawet i skarciła jak niesfornego kundla, ale siły powoli ją opuszczały. Noc wydawała się być wieczna i nieskończona, a ona przecież wraz ze wschodem słońca zamieniała się w bagnistą maszkarę (spała słodko, twardo jak kamień). Usiadła w skrzepłym milczeniu, zajęła miejsce w stosownym, pełnym grzeczności dystansie bez zbędnej szczypty pośpiechu; wysunęła bibułkę papierosa i wetknęła ją między wargi, czując niedługo później na ich wzniesieniach lekkie, przyjemne ciepło. Szept zapadłego zaklęcia rozniecił wstążeczkę dymu kołyszącą się sennie jak wątła, siwa chorągwie.
Chwile płynęły, długie i niepospieszne, czas leniwie przesuwał igły wskazówek na wizerunku zegara; dopiero chwilę potem sama podeszła do pobliskiego stolika i wyszeptał zaklęcie przywołujące niedomyty kieliszek prosto z zasobów barku. Otworzyła trunek rzekomo winny i nalała ostrożnie, zupełnie jakby obecnie tworzyli skromny wernisaż, jeden z tych, gdzie na tacy kołysał się wykwintny alkohol, mający wkrótce odnaleźć się w rękach gości, dopełnić mieszanki doznań związanych z odbiorem sztuki.
Sztuką, przedstawieniem, a może nawet cyrkiem byli oczywiście oni sami.
– Chcesz mnie ocalić, prawda? – zapytała niemalże czule, rzewnie, tak jakby zrozumienie, którym go chciała właśnie błogosławić, wywodziło się gdzieś z jej matczynych trzewi.
– Co jeśli znam sposób na wygnanie złego ducha – zaczęła stawiać kroki w jego stronę; naczynie, objęte lekko palcami migotało nieśmiało, wino kołysało się sennie, a jej głos płynął, przyjemny, cichy, spokojny. Wyciągnęła dłoń, w prostej, zawieszonej zachęcie, aby złapał jej własną.
Salazar był dziwnie milczący, a może niemogący sklecić żadnego słowa przyduszony niekończącym się rechotem. Czy zgorszyłoby go to, co Diana właśnie marynowała w głowie?
– Uderz mnie.
Ciekawe czy Jim domyślał się, że ani tej nocy, ani tego ranka, ani żadnego kolejnego miał nie wrócić już do domu.
Chwasty trzeba wyrywać.