29.11.2022, 18:56 ✶
Posłał w jej stronę wymowne spojrzenie bo wyrażała się zgoła inaczej niż wymaga się tego od damy. Pluł sobie w brodę wobec świadomości jak niewiele wie o Sophie. Byli rodziną ale widział ją raptem kilka razy w życiu i wstyd przyznać, ale nie zwracał na niej szczególnej uwagi - jeśli się sporadycznie spotykali to Cynthia z nią szczebiotała, a on z Baldurem czuwali czy ojciec nie zaczyna kolejnej wielkiej kłótni z wujkiem Anthonym. Czas nadrobić to chociaż trochę bo skoro spadła tutaj znikąd, bez uprzedzenia to znaczy, że musiało coś się wydarzyć. Czyżby zdrowie wujka było zagrożone? Ta myśl go przeraziła, wyprostował ramiona i gotów był zarzucić ją kolejną falą pytań. Lubił pytać, poznawać odpowiedzi i układać je w puzzlach myśli. Zapisał w głowie jej wiek, słabo ukrywając zaskoczenie związane z liczbą wszak w jego wyobrażeniu uchodziła za młodszą. Pokiwał głową i nie rozwodził się nad tym dłużej. Wcięło go na nowe wieści.
- T-tego się nie spodziewałem usłyszeć. - wydusił z siebie po dłuższej chwili, patrząc na jej twarz skąpaną w dymie papierosowym. Zmarszczył jasne brwi, standardowo przy tym zaciskał mięśnie żuchwy i analizował jej słowa, krok po kroku.
- Jak to, uciekłaś sprzed ołtarza? - nie podnosił głowy ale popatrzył na nią z trwogą. Jeśli się to rozniesie echem poza granice Ameryki to, słodki Merlinie, Flintowie będą mniej atrakcyjni "na rynku" osób do zamążpójścia i ożenku. Co innego odwlekać małżeństwo tyle ile się da, a co innego uciekać sprzed ołtarza.
- Czemu wyglądasz i brzmisz tak poważnie... Na gacie Merlina. - zaklął szpetnie i zakrył swoje oczy ręką aby choć trochę zataić szok i zbulwersowanie. Przecież to odbije się echem od ich nazwiska! Wiedział ile to znaczy dla jego ojca, Cynthii i chyba dla Baldura (choć tego ostatniego nie był pewien). Zacisnął górne zęby na dolnej wardze i powstrzymał falę niedowierzania, starając się wydostać na pierwszy plan przede wszystkim empatię. To była krótka acz intensywna walka. Nabrał powietrza do płuc.
- Dobra, musimy ochłonąć i przede wszystkim stąd pójść. To nie jest rozmowa na środek tej ulicy. Niedługo zrobi się tu wielki tłok, wierz mi. - godziny szczytu to moment kiedy najlepiej jest stąd się ewakuować - chyba, że ktoś lubi tłok i nie przeszkadza mu wszędobylski ścisk. Gdy dopadła do niego i załapała go za kurtkę to od razu pokazała zalążek swojego temperamentu. Nie była łagodna i spokojna jak wody, po których Flintowie żeglują. Ona była energią napędzającą wiosła do ruchu i donośnym okrzykiem z bocianiego gniazda. Położył dłoń na zgięciu jej łokcia, niemo sugerując aby pilnowała wymaganej przestrzeni między dwójką osób, zwłaszcza w miejscu publicznym.
- Niestety, ale nie mogę ukrywać twojej obecności, nie przed ojcem. Im prędzej się dowie tym lepiej. Nie chcę aby konflikt między nim a wujem Anthonym zaostrzył się gdyby zarzucono, że cię ukrywamy. - zależało mu aby zrobić to, co należy w kwestii spraw rodzinnych. Myślał już przyszłościowo względem relacji Flintów. Jego postawa jak najbardziej miała prawo nie spodobać się Sophie i przy okazji wyjaśnić dlaczego to Cynthia była tą osobą do zatajania, ukrywania, kombinowania. Mina Castiela mogła zasugerować, że nie zmieni zdania choćby nie wiadomo co miało się zdarzyć ani jakie słowa wybrzmią. Był uparty jak porządny tebo.
- Miotły również nie wchodzą w grę. - westchnął bo za nic w świecie nie wzniesie się w powietrze. To było dla niego dziwne - mają iść na niemal dwugodzinny spacer, aby dotrzeć do portu? To było niekomfortowe.
- Możemy przejść do kawiarni gdzie odpoczniesz i kiedy poczujesz się na siłach, przeniosę nas łagodnie do domu. To zdecydowanie za daleko aby się do nas przetransportować na pieszo. Pozostaje również kominek z siecią Fiuu, który skróci nam powrót. - w jego głowie odezwał się głos Cynthii pytający groźnie czy jest pewien, że chce przenosić się tunelem teleportacyjnym (i to z drugą osobą!) podczas gdy coś nie tak jest z jego barkiem? Zignorował ten głosik bo jednak teraz miał ważniejszą sprawę na głowie aniżeli swoje samopoczucie - Sophie.
- T-tego się nie spodziewałem usłyszeć. - wydusił z siebie po dłuższej chwili, patrząc na jej twarz skąpaną w dymie papierosowym. Zmarszczył jasne brwi, standardowo przy tym zaciskał mięśnie żuchwy i analizował jej słowa, krok po kroku.
- Jak to, uciekłaś sprzed ołtarza? - nie podnosił głowy ale popatrzył na nią z trwogą. Jeśli się to rozniesie echem poza granice Ameryki to, słodki Merlinie, Flintowie będą mniej atrakcyjni "na rynku" osób do zamążpójścia i ożenku. Co innego odwlekać małżeństwo tyle ile się da, a co innego uciekać sprzed ołtarza.
- Czemu wyglądasz i brzmisz tak poważnie... Na gacie Merlina. - zaklął szpetnie i zakrył swoje oczy ręką aby choć trochę zataić szok i zbulwersowanie. Przecież to odbije się echem od ich nazwiska! Wiedział ile to znaczy dla jego ojca, Cynthii i chyba dla Baldura (choć tego ostatniego nie był pewien). Zacisnął górne zęby na dolnej wardze i powstrzymał falę niedowierzania, starając się wydostać na pierwszy plan przede wszystkim empatię. To była krótka acz intensywna walka. Nabrał powietrza do płuc.
- Dobra, musimy ochłonąć i przede wszystkim stąd pójść. To nie jest rozmowa na środek tej ulicy. Niedługo zrobi się tu wielki tłok, wierz mi. - godziny szczytu to moment kiedy najlepiej jest stąd się ewakuować - chyba, że ktoś lubi tłok i nie przeszkadza mu wszędobylski ścisk. Gdy dopadła do niego i załapała go za kurtkę to od razu pokazała zalążek swojego temperamentu. Nie była łagodna i spokojna jak wody, po których Flintowie żeglują. Ona była energią napędzającą wiosła do ruchu i donośnym okrzykiem z bocianiego gniazda. Położył dłoń na zgięciu jej łokcia, niemo sugerując aby pilnowała wymaganej przestrzeni między dwójką osób, zwłaszcza w miejscu publicznym.
- Niestety, ale nie mogę ukrywać twojej obecności, nie przed ojcem. Im prędzej się dowie tym lepiej. Nie chcę aby konflikt między nim a wujem Anthonym zaostrzył się gdyby zarzucono, że cię ukrywamy. - zależało mu aby zrobić to, co należy w kwestii spraw rodzinnych. Myślał już przyszłościowo względem relacji Flintów. Jego postawa jak najbardziej miała prawo nie spodobać się Sophie i przy okazji wyjaśnić dlaczego to Cynthia była tą osobą do zatajania, ukrywania, kombinowania. Mina Castiela mogła zasugerować, że nie zmieni zdania choćby nie wiadomo co miało się zdarzyć ani jakie słowa wybrzmią. Był uparty jak porządny tebo.
- Miotły również nie wchodzą w grę. - westchnął bo za nic w świecie nie wzniesie się w powietrze. To było dla niego dziwne - mają iść na niemal dwugodzinny spacer, aby dotrzeć do portu? To było niekomfortowe.
- Możemy przejść do kawiarni gdzie odpoczniesz i kiedy poczujesz się na siłach, przeniosę nas łagodnie do domu. To zdecydowanie za daleko aby się do nas przetransportować na pieszo. Pozostaje również kominek z siecią Fiuu, który skróci nam powrót. - w jego głowie odezwał się głos Cynthii pytający groźnie czy jest pewien, że chce przenosić się tunelem teleportacyjnym (i to z drugą osobą!) podczas gdy coś nie tak jest z jego barkiem? Zignorował ten głosik bo jednak teraz miał ważniejszą sprawę na głowie aniżeli swoje samopoczucie - Sophie.